W kraju pizzy

  • IMG_20190426_135838
  • IMG_20190426_174636
  • IMG_20190426_174645
  • IMG_20190426_180214
  • IMG_20190426_180700
  • IMG_20190426_180841
  • IMG_20190426_180849
  • IMG_20190426_180853
  • IMG_20190426_205027
  • IMG_20190426_205552

 

 

Spontanicznie wybraliśmy się na weekend do Neapolu. Ja od zawsze chciałam zobaczyć z bliska Wezuwiusza i przejść się uliczkami starożytnych Pompei. Jankowi marzyła się oryginalna włoska pizza. Do Neapolu przylecieliśmy późnym popołudniem. Z lotniska podjechaliśmy w parę minut specjalnym autobusem do punktu, gdzie można wynająć auto. Załatwiliśmy formalności i wykupiliśmy dodatkowe ubezpieczenie na wypadek stłuczki lub kradzieży.  Niestety mimo wcześniejszych telefonicznych zapewnień (dzwoniłam do wypożyczalni i upewniałam się w tym temacie dwukrotnie), na miejscu okazało się, że mimo dokupienia pełnego ubezpieczenia i tak w przypadku kradzieży auta zostaniemy obarczeni kosztem 500 euro wkładu własnego. Podobno w całych Włoszech, a przynajmniej w regionie Kampanii, gdzie leży Neapol obowiązują takie zasady. No nic, liczymy na to, że nikt nie pokusi się skraść naszego Peugeota przez te parę dni…

Przed wyjazdem wertowałem internet w poszukiwaniu podpowiedzi, gdzie w Neapolu można zjeść najlepszą pizzę. Kilka razy trafiałam na zachwyty nad pizzerią „da Michelle”. Były też wzmianki, że w kolejce, by zdobyć stolik w tej knajpie czeka się często ponad godzinę. Kiedy tam trafiliśmy przed lokalem stała gromada ludzi. Odpuściliśmy sobie stanie w kolejce. Byliśmy zmęczeni podróżą i głodni „na już”. Poza tym samo miejsce i otoczenie wyglądało mało zachęcająco. W ogóle Neapol nam się nie podoba, jest brudno, głośno i panuje ogólny bałagan. Zupełnie inne wrażenie niż Walencja, którą byłam zachwycona. Mimo to, Janek stwierdził później, że po tym jak zjadł tu pizzę i stał w tutejszych korkach, czuje się jak w domu.

Ruszyliśmy w kierunku wybrzeża i zatrzymaliśmy się przy pierwszej knajpie z napisem pizza na jednej z głównych ulic. Zamówiliśmy trzy różne pizze, które po niedługiej chwili dostaliśmy. Były bardzo smaczne, o nieregularnym ksztakcie, wypiekane w piecu opalanym drewnem.

Zadowoleni ruszyliśmy w kierunku naszego miejsca noclegowego. Włosi jeżdżą bardzo chaotycznie, do tego skutery, których jest tu mnóstwo, pojawiają się niewiadomo skąd. Mój GPS w komórce co chwila tracił zasięg.  Wspomnieliśmy z yacoolem czasy, gdy jeździło się z papierową mapą w ręku.

Gdy w końcu dotarliśmy na miejsce nasz guesthouse był zamknięty, a telefon właściciela nie odpowiadał. Z pomocą lokalnej dziewczyny udało mi się z nim w końcu skontaktować, już do nas jechał. Miał na imię Pascal. Bardzo sympatyczny i zabawny. Mamy ładne mieszkanie, z kuchnią i łazienką i zamykanym parkingiem na auto. Jest bezpieczne. Pascal zaparzył Jackowi mocne espresso i wytłumaczył nam, gdzie są najlepsze lody u „Galla” na Via Leonardo da Vinci. Mimo późnej pory poszliśmy tam jeszcze na spacer i deser. Wybór był ogromny, chyba ze sto smaków i faktycznie pyszne! Ulice wcześniej mocno zakorkowane teraz opustoszały. Czas spać, bo na jutro zaplanowałam wejście na wulkan i wizytę w Pompejach.

 

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *