Safari w Nairobi National Park

  • 12238134_10206547420796758_77555790482898839_o
  • 12238310_10206547426596903_8443380905649340044_o
  • 12238457_10206547423236819_5420047488011424464_o
  • 12240417_10206547428036939_8573703294027892478_o
  • 12240951_10206547416516651_7397076006711448315_o
  • 12241075_10206547423676830_4987535565107223027_o
  • 12244371_10206547416476650_3084614013486933001_o
  • 12244490_10206547416036639_3856093513902433082_o
  • 12244530_10206547417516676_3855460462125210326_o
  • 12244671_10206547424516851_2323098212005823540_o
  • 12244820_10206547418356697_2840275397944092643_o
  • 12247776_10206547425476875_1776941171978611799_o
  • 12247820_10206547419676730_1785469950546066412_o
  • 12248146_10206547427716931_6298357903327381693_o
  • 12265798_10206547421716781_5568921552777848977_o
  • 12265829_10206547417676680_231296941398503687_o
  • 100_1966
  • DSCN1961
  • DSCN1996
  • DSCN1997
  • DSCN2009
  • DSCN2028
  • DSCN2033
  • DSCN2034
  • 905951_10206547426956912_5942744827974536918_o
  • 11048727_10206547417636679_8280793286716007936_o
  • 11051742_10206547416796658_8888887640857295585_o
  • 11058724_10206547424716856_8769941866102021478_o
  • 11250613_10206547422916811_6800382223890311031_o
  • 12120096_10206547421036764_7021685809160101201_o
  • 12232863_10206547419836734_6485833070334768547_o
  • 12232863_10206547421076765_9142619300101015905_o
  • 12237994_10206547426636904_3296283317950149534_o
  • 12238006_10206547424316846_6679303821452391041_o
  • 12238086_10206547418956712_363663455483460917_o

 

Wtorek, 10.11 cd

Po niecałych trzech godzinach od wyjazdu z Nanyuki byliśmy w Nairobi, na wjeździe do stolicy mega korek. Ken, który na nas czekał wyłapał nas w tłumie innych aut, wysiedliśmy i przesiedliśmy się do jego olbrzymiego landcruisera, którym mieliśmy jechać do parku safari. Klima i komfort jazdy, co za różnica. Ken lawirował między autami, jego było duże, więc ewidentnie wymuszał pierwszeństwo. Trochę martwiła mnie pogoda, bo dojeżdżając do Nairobi padał deszcz, teraz mimo, że wyszło słońce, to ciężkie chmury nadal krążyły po niebie.

Wjazd do parku w Nairobi, to koszt 60 usd od obcokrajowca. Sporo. Yacool był rozczarowany, że safari odbywa się jedynie wyznaczonymi gruntowymi drogami, liczył na dziką jazdę wzdłuż i wszerz po sawannie. Okazało się, że jest to możliwe tylko dla reporterów telewizyjnych typu National Geographic, wymaga specjalnych pozwoleń i dużej kasy. Mimo bardziej cywilizowanego przejazdu dobrze się bawiliśmy.

Zwierząt było sporo, właściwie nie bały się auta. Nasze leśne sarny są bardziej dzikie od tutejszych zebr, antylop czy żyraf, które wręcz trzeba było przeganiać z trasy przejazdu. Były też nosorożce, olbrzymie bawoły i hipopotamy. Jest to okres pory deszczowej i wszystkie zwierzęta miały młode. Wielkich kotów nie udało nam się wypatrzeć. Ten park jest najstarszym w Kenii, założono go w 1946 roku, zajmuje obszar prawie 120 km2. Jest naturalnym miejscem występowania żyjących tu zwierząt. Na obrzeżach parku znajduje się Nairobi. Wielkie wieżowce zamykały daleko obraz na horyzoncie. Bawiliśmy się tak ponad dwie godziny. W kilku miejscach można było wyjść z auta, yacool bawił się w gonito z żyrafami i antylopami.

Zaczynało robić się późno, a na niebie gromadziło się coraz więcej ciężkich chmur. Jak tylko wyjechaliśmy z parku lunęło na całego. Ken zabrał nas do znanej restauracji (Carnivore), w której na otwartym dużym palenisku, grilluje się różne rodzaje mięsa. Zasada konsumpcji jest prosta. Za z góry określoną cenę je się tak długo, aż się ma dość. Sygnalizuje się to kelnerowi położeniem na stole chorągiewki, która wcześniej pionowo powiewa w paterze. W przeciwnym razie kelnerzy będą cały czas donosić jedzenie. Restauracja wieczorami zapełnia się, przychodzi tam wielu białych rezydentów i turystów. Wnętrza przyozdobione były kolorowymi lampkami i różnymi drewnianymi rzeźbami z afrykańskimi motywami. Rosły tam egzotyczne rośliny, płynęła woda, śpiewały ptaki i cykały cykady. Czuliśmy się jak w poznańskiej palmiarni. Zaczynało robić się późno, na dworze wciąż była burza. Obawiałam się czy w taką pogodę nasz samolot wyleci. Gorsze było to, że ulice Nairobi nadal były zakorkowane. Woda płynącą ulicami ograniczała możliwość przejazdu mniejszym autom. Mieliśmy dwie i pół godziny do odlotu, do lotniska 15 km. Ken powiedział, że wczoraj też była taka pogoda i jechał do domu 6 godzin! Poprosiłam go, by znalazł inną drogę na lotnisko, bo w tym korku w życiu nie zdążymy. Ken nawrócił i jakimiś zakamarkami w końcu przebiliśmy się. Przed lotniskiem szybko się ze sobą pożegnaliśmy i poszliśmy się odprawić. Lotnisko Jomo Kennyaty nie jest duże i wszystko sprawnie i szybko przebiegło. Burza ustała. 23:30, nasz dreamliner wyleciał zgodnie z planem. Zmęczeni szybko zasnęliśmy w powietrzu. To już koniec naszej pierwszej afrykańskiej przygody.

 

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *