Kreta – Kolokitha Beach
Nasz gospodarz podpowiedział nam, że niedaleko naszego lokum znajduje się ładna zatoczka i plaża. Wystarczy przejechać autem na drugą stronę grobli i przeciąć półwysep. Uprzedził jedynie, że warto tam być od rana, bo potem przypływają łodzie z turystami i robi się tłoczno.
Łatwo powiedzieć „od rana”, skoro śniadanie zaczyna nam szykować o 9, a my nie kończyny go jeść wcześniej niż o 10:30 😉 Godzina śniadania oficjalnie uzależniona jest od słońca, które od rana mocno operuje na tarasie, gdzie George serwuje posiłek. Nieoficjalnie myślę, że taki tu jest styl, raczej nie rannych ptaszków. Ale fakt, że upał jest tu konkretny od rana, a w nocy bez klimy też ciężko byłoby wytrzymać. Wieczorami często zrywa się silniejszy wiatr i wtedy robi się bardzo przyjemnie i zaczyna się większa aktywność miejscowych i turystów.
Tak więc podjechaliśmy autem na półwysep, wcześniej mijając na grobli stare wiatraki i stawy solankowe. Do zatoczki trzeba było zejść kilkaset metrów. Widoki przepiękne, kolor wody boski. Plaża, to dużo powiedziane. Na dole czekał na nas wąski pasek piasku i kamieni, oddzielony murkiem od sadu oliwnego. Kilka oliwek rosnących blisko murka rzucało cień, który każdy z plażowiczów skrzętnie wykorzystywał. Nam udało się wbić w miejsce pary, która właśnie opuszczała zatoczkę. Woda była fantastyczna. Później poszłam na koniec półwyspu, gdzie stał mały kościółek. Około 13 zrozumieliśmy przed czym ostrzegał nas George. Do zatoki wpłynęły 3 większe statki wycieczkowe. Przycumowały przy skalistym brzegu i na ląd zeszło kilkadziesiąt osób z każdego z nich. Jak mrówki zaczęli się kierować w naszą stronę. Pracownicy statków z kolei rozpalili na brzegu wielkie grille i zaczęli szykować dla nich lunch. Szybko się stamtąd zwinęliśmy, ciesząc się, że podróżujemy sami bez tłumu współtowarzyszy…







