Piaszczyste plaże Shela Beach

  • 24993224_10212699529355627_2252173296494773903_n
  • 24993389_10212699529675635_4163953575680075004_n
  • 24993434_10212699526115546_4145570690737125769_n
  • 25152062_10212699522035444_8655294799379228388_n
  • 25152236_10212699523395478_2448067412341900155_n
  • 25157921_10212699527115571_1869981887544599095_n
  • 25158013_10212699528675610_6668738258279942602_n
  • 25158266_10212699534155747_3086771985480546346_n
  • 25158383_10212699531395678_6103072499682895865_n
  • 25289256_10212699522435454_8312160376537901811_n
  • 25289561_10212699532195698_2128570262022498265_n
  • 25289670_10212699530235649_8100463626454874065_n
  • 25299254_10212699524035494_661107839795865411_n
  • 25348626_10212699530595658_2541133271000255197_n
  • 25348815_10212699524755512_6171783463285918592_n
  • 24900269_10212699528315601_5555127129239352628_n
  • 24909560_10212699531035669_6400458556259690174_n
  • 24909738_10212699527915591_8089651989962720470_n
  • 24909855_10212699522835464_3978303379523462830_n
  • 24909905_10212699523155472_3122696825178334452_n
  • 24910023_10212699528995618_6801635366728970366_n
  • 24991491_10212699525715536_6918666074263858907_n
  • 24991600_10212699531795688_2347434819708555977_n

 

No to wakacji ciąg dalszy. W nocy przez sen słyszałam walki ulicznych kotów, ryczenie osła i nawoływanie imama, zapewne do porannej modlitwy. Poza tym pełen spokój. Nie ma w ogóle komarów. Podobno to przez silny wiatr. Wieje niestety bardzo mocno. Ale dzięki temu może lepiej znosimy upał, dziś było znowu ponad 30 stopni. Na śniadanie Arnold, a w zasadzie jego pomocnik Adam zaserwowałał nam świeży sok z arbuza, owoce i tosty. Z jajek, płatków i omleta nie skorzystaliśmy. Próbujemy rozeznać się w tutejszych plemionach. Adam należy do Giriami. Ludzie z tego plemienia są podobno dobrzy w wielu fachach, rybołówstwie, robieniu łodzi, żeglowaniu czy biznesach. Do sylwetek biegaczy im daleko.

Po śniadaniu spacer po Lamu. Przeszliśmy się główną handlową uliczką, uważając by nie zdarzyć się z jadącymi na osłach mężczyznami. Co dziwne kobiety na ośle jeszcze nie widziałam. Uliczka pełna jest małych sklepików z podstawowymi produktami żywnościowymi i odzieżowymi i straganów z chińską tandetą. Zaszliśmy na rynek. Kupiłam kilogram passion fruits. Owoce są tu genialne. Wstąpiliśmy też do galerii z rękodziełem. Pełno w niej było pięknych rzeczy, obrazów, biżuterii, masek czy figur. Część rzeczy była zrobiona ze śmieci znalezionych na plaży, np zrobione z pianki zwierzaki. Yacool znalazł strusia. Innych rzeczy nawiązujących do biegaczy nie było.

Poszliśmy do przystani rozejrzeć się za łódką. Dziś chcieliśmy popłynąć do pobliskiej wioski, Shela, która ma piękne plaże. W Lamu plaż nie ma. Szybko pojawił się ktoś, kto zaproponował nam wodne matatu. Chwilę porozmawialiśmy i wsiedliśmy na pokład. Poza nami było jeszcze trzech chłopaków obsługujących. Przez całą drogę miło sobie z nimi gadaliśmy. Okazało się, że jutro są zawody wędkarskie na otwartym oceanie. Nasz sternik, kapitan Ramba rok temu w nich wygrał. Złowił 42 kilogramową rybę. Pokazał nam zdjęcie, była ogromna! Jutro też podejmie wyzwanie.

Płynąc do Sheli mijaliśmy na wodzie bar, można tam też odpocząć na leżakach, a nawet wynająć pokój. Po drodze chłopaki pokazali nam też łódkę, która była pływającą stacją paliw. Po niecałym kwadransie byliśmy na miejscu. Ramba zszedł z nami na ląd i zaprowadził w głąb wioski. Jego wujek ma tu hotel. Samą miejscowością byliśmy zauroczeni. Jest mniejsza niż Lamu, jest tu dużo ciszej, spokojniej. Domy są w lepszym stanie, jest tu ładniej i czyściej. Nikt nas też nie zaczepiał i nie nagabywał. Hotel okazał się bardzo ładny, urządzony w lokalnym stylu. Duże pokoje, tarasy z widokiem na morze. Super, może następnym razem tu się zatrzymamy. Postawiliśmy kapitanowi lunch, zaprowadził nas do lokalnej knajpki. Potem się pożegnaliśmy.

Poszliśmy na plażę. Woda jest boska, bardzo ciepła i bardzo słona. Popływaliśmy. Szeroka, piaszczysta plaża ciągnąca się kilometrami, zupełnie pusta. Dziś mieliśmy swój prywatny raj. Po kąpieli poszliśmy skryć się w cieniu drzew. Słońce bardzo mocno grzeje. Wiatr był coraz silniejszy, przydałby się parawan. Cali byliśmy w piasku, w uszach i we włosach miałam go chyba z pół kilo. Koło 15 zeszliśmy z plaży i poszliśmy z powrotem w kierunku centrum Sheli. Usiedliśmy w knajpie na promenadzie, zamówiliśmy soki i obiad. Spotkaliśmy też wczorajszych Masajów, rozłożyli przy plaży stoliki ze swoimi wyrobami.

Łódką wróciliśmy do Lamu. Przeszliśmy się jeszcze po miasteczku, aleją wzdłuż morza. Na końcu Lamu znajduje się sierociniec dla osłów. Trafiają do niego chore zwierzęta. Na promenadzie był też pan sprzedający słodycze, ciastka z orzeszków ziemnych i sezamu. Kupiliśmy kilka, bardzo słodkie. Natknęliśmy się też na świeże ryby, krewetki i inne przysmaki, które chłopaki obsługujący na bieżąco grilowali. Pierwszy raz w życiu zjadłam homara, bardzo mi smakował. Yacool wypatrzył też u nich swoje ulubione chappatti. Podgrzali nam je, wzięliśmy na wynos i poszliśmy dalej. Do przystani przypłynęła łódka z ubranymi na biało Muzułmanami. Śpiewając przeszli procesją obok nas.

Wiele domów ma tu pięknie rzeźbione drzwi. Nazywają je “Zanzibar doors”. Widzieliśmy stolarza, który właśnie robił jedne. Podobno Zanzibar słynie z takich drzwi. Tu przy niektórych stoją zaparkowane osiołki.

Jutro zaczyna się w Lamu lokalny festiwal. Najpierw zawody wędkarskie, a w kolejnym dniu mają być wyścigi osłów i tradycyjnych łodzi, dhow. Do tego śpiewy i ludowe tańce. Fajnie, bo będąc tu załapiemy się akurat na te atrakcje.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *