Malta i Gozo dzień 1

  • 17759824_10210643522716746_3775721289715079882_n
  • 17759959_10210643521716721_7533724834678595174_n
  • 17760001_10210643522076730_1882573442679477088_n
  • 17760233_10210643524436789_7101439878644057026_n
  • 17795801_10210643523996778_8369140918320324749_n
  • 17795858_10210643522436739_7937678723965114131_n
  • 17796018_10210643525076805_2796751105171657547_n
  • 17796146_10210643521916726_7301232056734096769_n
  • 17796251_10210643521356712_2570316105524019103_n
  • 17796293_10210643523436764_7397123260631444479_n
  • 17799225_10210643523676770_809856790182841159_n
  • 17799951_10210643524716796_6608704609128505992_n
  • 17800200_10210643522996753_3594870769440572076_n

 

Lot z Wrocławia na Maltę trwał 2:40. Janek bardzo się bał przed startem. Dopiero, gdy samolot wyrównał poziom na wysokości 11000m zaczęło mu się podobać. W dole widzieliśmy Włochy, Morze Adriatyckie i Tyrolskie, no i Sycylię z Etną całą w śniegu! Lądowanie było dość twarde, ale się udało.

Malta
Słoneczna i ciepła, ok 18st. Po negocjacjach na lotnisku w kilku okienkach wypożyczalni samochodów wybraliśmy najlepszą ofertę. Nowy Ford Fiesta, mimo to już nieźle poobijany. Janka zachwyciły budynki z piaskowca.

Ruszyliśmy na wschód, na wybrzeże, do wioski rybackiej Marsaxlokk. Drogi są tu kiepskie, wąskie, kręte, dziurawe, dość słabo oznaczone. Ale dzięki temu, że trochę pobłądziliśmy to przejechaliśmy przez środek kilku pięknych małych miasteczek. Jestem zauroczona tą zabudową, balkonikami, kolorowymi wejściami, roślinami, wszystko kwitnie.
Ruch lewostronny nie ułatwia jazdy. Jacek świetnie sobie dawał radę. Lokalsi są wyrozumiali, przepuszczają i nie poganiają, gdy ktoś jedzie niepewnie przed nimi. Mijaliśmy też sporo konnych dwukółek. Niczym rzymskie rydwany. Południe Malty jest mniej zaludnione, nie ma tu dużych hoteli i zgiełku. No i jest jeszcze przed sezonem.

Marsaxlokk- wioska rybacka. Mnóstwo rybaków naprawiających sieci na swych kolorowych łódkach. Wzdłuż brzegu promenada, stragany z pamiątkami, słodyczami no i knajpy. Wybrałam jedną z nich i usiedliśmy. Jej szefowa, Sonia była w Polsce 20 lat temu. Zamówiliśmy ichnią colę, Kinnie. Janek się bardzo rozczarował. To jakby połączenie coli z tonikiem, dość gorzkie i słodkie. Yacoolowi smakuje bardzo, mi na 4. Jarek bezpiecznie wybrał lokalne piwo, ale też nie powaliło go. Złożyliśmy zamówienie, Janek wymarzoną pizzę, my kalmary i zestaw różnych owoców morza. No i czekaliśmy…Godzinę.  Dla janka to była chyba najdłuższa godzina w życiu! Kto go zna ten wie o czym mówię… Do tego nie znają tu sosu czosnkowego, podają sos tatarski. Jedzenie bardzo dobre.

Wracając do auta yacool dorwał sprzedającego figurki z drewna Kenijczyka, który jak się jednak okazało w rozmowie był z Ghanny i kupił sobie pamiątkową figurkę. Ja z Jankiem kupiliśmy paczuszkę lokalnych, ręcznie robionych ciasteczek. Ruszyliśmy dalej, wzdłuż wybrzeża. Podziwialiśmy widoki i murki poukładane z kamieni, bez żadnych zapraw.

Blue Grotto– jaskinie wykute w skale przez wodę. Pierwotnie plan był taki, by popłynąć tam łódką. Ale chłopaki byli już zmęczeni, trochę wiało i odpuściliśmy. Dochodziła 16 i postanowiliśmy kierować się już na prom na Gozo, gdzie mamy wynajęte mieszkanie. Trochę pobłądziliśmy, przejechaliśmy pod wysokimi murami Mdiny, miasta ciszy – to atrakcja na osobny dzień. W końcu dotarliśmy do Cirkewwy. Prom właśnie odpłynął, ustawiliśmy się w kolejce do kolejnego. Nie czekaliśmy długo. Są tu trzy promy, które kursują  na okrągło. Przeprawa trwała ok 20 minut. Po drodze mijaliśmy wysepkę Comino z Błękitną Laguną i Cominotto. Na Gozo są dużo lepsze drogi. Trafiliśmy na Lidla i ostatkiem sił zrobiliśmy zakupy na kolację. Jutro postaram się namierzyć lokalną piekarnię i stragan z owocami. Gdy wyszliśmy ze sklepu było już ciemno. Skierowaliśmy się prosto do domu. Po drodze ani żywej duszy. Niestety kawałek drogi dojazdowej był w remoncie i zamknięty. Na szczęście była dróżka na około. Ostatni podjazd z nachyleniem min 14 procent! Bałam się, że nasze autko nie podjedzie. Ale dało radę. Długo szukaliśmy naszego budynku. Mimo tablicy z nazwą i numerem byliśmy tak zmęczeni, że ich nie widzieliśmy. Do tego wszędzie cicho i głucho. W jakimś warsztacie przydomowym trafiłam na dwóch panów, którzy z życzliwością wskazali mi nasz dom, oddalony o 50 metrów od miejsca, gdzie staliśmy.

Apartament jest olbrzymi. Ale zimno w nim było potwornie. Był piecyk gazowy. Odpaliliśmy go od razu i kuchenkę z piekarnikiem też, by się dogrzać. Zjedliśmy kolację i padliśmy ze zmęczenia. Jutro dzień na relaks na Gozo.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *