Grecka przygoda

 

To miał być kilkudniowy, urodzinowy wypad do Aten. Jacka syn kończył w tym roku 18 lat, a że jeszcze nie był w Grecji i trafiły się dogodne loty z Poznania, to szybko podjęliśmy decyzję. Jak zwykle wyjazd postanowiłam zaplanować sama, chciałam pokazać chłopakom najważniejsze atrakcje i dać nam chwilę odpoczynku na plaży.

W Atenach wylądowaliśmy przed południem. Dość długo zajęły nam procedury odbioru zabookowanego wcześniej auta. Okazało się, że parking tej wypożyczalni znajduje się poza lotniskiem i musieliśmy czekać, aż zbierze się większa grupa klientów i dopiero wtedy zawieziono nas na parking. Odebraliśmy auto i zadowoleni ruszyliśmy do centrum Aten. W planach mieliśmy spacer po Placu Monastiraki, zobaczyć Akropol i pobliskie wzgórza, później stawić się na zabawnej zmianie warty i podjechać do portu Pireus na krewetki.

Pogoda była doskonała, choć jak na zwiedzanie zbyt gorąca (początek września i ponad 30 stopniowy upał). Zaparkowaliśmy auto niedaleko Placu Monastiraki, kupiłam z Jankiem bilet parkingowy, zaznaczyliśmy długość postoju i ruszyliśmy najpierw coś zjeść. Zwłaszcza młodzi stękali już dość mocno, że są głodni. Pitty i sałatki greckie rozładowały napięcie. Podeszliśmy na wzgórze Areopag, skąd roztaczał się widok na całe Ateny i Akropol. Później chłopacy poszli pochodzić po Akropolu, do 18 roku życia mają darmowe wejścia. My, jako, że oboje już wcześniej byliśmy w tym miejscu, odpuściliśmy sobie dość drogi wstęp, a w zamian za to podeszliśmy jeszcze na sąsiednie wzgórze Filopapposa.

Wracając do auta kupiliśmy na straganie pyszne owoce. Gdy doszliśmy do samochodu, Jacek zauważył, że mieliśmy wybitą małą szybkę przy lusterku od strony pasażera. Byliśmy w lekkim szoku, że ktoś próbował włamać się do auta. Otworzyliśmy bagażnik, by schować torby z owocami, a tam pusto. Ukradli wszystkie nasze bagaże. CZyli jednak skutecznie włamali się do auta! Zostaliśmy tak jak staliśmy. Na szczęście dokumenty i pieniądze mieliśmy przy sobie. Kiedy pierwszy szok opadł, zaczęliśmy się zastanawiać co teraz zrobić. Pytałam okolicznych sklepikarzy, czy ktoś czegoś nie widział. W jednym ze sklepów powiedziano nam, że tu grasuje jakaś szajka, bo to nie pierwszy tego typu przypadek w ciągu ostatnich kilku tygodni. Wezwaliśmy policję, gdy przyjechali spisali krótką notatkę i kazali nam jechać do komisariatu policji turystycznej, by spisać zeznanie i protokół. Oczywiście na odzyskanie rzeczy i ujęcie sprawców nie mieliśmy co liczyć.

W pierwszym lepszym sklepie kupiliśmy każdemu po t-shircie na zmianę i podjechaliśmy na posterunek, gdzie spotkaliśmy innych okradzionych turystów, w tym z Polski. Po spisaniu wszystkich dokumentów musieliśmy wyjechać z Aten i ponownie udać się do wypożyczalni, gdzie dostaliśmy nowe auto. Na szczęście mieliśmy wykupione pełne ubezpieczenie i nie doliczono nam żadnych opłat. Niestety straciliśmy kilka godzin i nie udało się już zobaczyć wszystkich atrakcji. Proponowałam, że możemy tu jeszcze wrócić kolejnego dnia, ale chłopaki byli tak zdołowani stratą swoich ubrań i innych drobiazgów, że stwierdzili, że mają już dość Aten. My z Jackiem jakoś mniej to przeżyliśmy…

Pierwszy nocleg mieliśmy zabookowany niedaleko Epidavros, na Peloponezie. Dotarliśmy tam po 21. W hotelu, gdy usłyszeli co się stało, starali się zrobić wszystko, by zatrzeć negatywne pierwsze wrażenie. Zjedliśmy pyszną kolację, dostaliśmy piwo w gratisie, a i od rachunku kolacji i noclegu naliczyli nam rabat.

 

 

Ranek był cudowny. Miejscowość okazała się małym portem, a nasz hotel stał zaraz przy brzegu zatoczki. Zjedliśmy dobre śniadanie, wypiliśmy kawę i poszliśmy szukać sklepu, gdzie moglibyśmy kupić stroje kąpielowe. Na szczęście nie był to problem. Obkupieni, nawet chłopacy zaczęli się uśmiechać, poszukaliśmy plaży. Woda była genialna, plaża pusta, powygłupialiśmy się w wodzie i było naprawdę wesoło. Tego dnia chciałam pojechać zobaczyć antyczny, słynny teatr. Faktycznie ma genialną akustykę. Yacool stojąc na samym środku sceny, mówiąc normalnym głosem był przez nas świetnie słyszany, mimo że chodziliśmy po najwyższych rzędach trybun. Z Epidavrosu wróciliśmy z powrotem w pobliże Aten, gdzie mieliśmy spędzić kolejne 3 noce. Wybrałam miejscowość Palaia Fokaia, skąd w razie czego było niedaleko do Aten, a jednocześnie blisko do innych atrakcji i na lotnisko.

Trzeciego dnia byczyliśmy się na plażach w naszej miejscowości i sąsiedniej. W zatoczce było mnóstwo windserferów, którzy mieli tu idealne warunki do pływania z żaglem. Znaleźliśmy fajną rodzinną piekarnię, w której codziennie kupowaliśmy pieczywo na śniadanie. Wieczorem podjechaliśmy do Świątyni Posejdona na Przylądku Sunion. Chcieliśmy tam być przed zachodem słońca, ledwo zdążyliśmy. Widok spektakularny. W takich miejscach lubię sobie wyobrażać, jak musieli tu żyć ludzie tysiące lat temu. Gdy tylko słońce zaszło strażnicy zaczęli gwizdać na turystów wyganiając nas poza bramy świątyni. Szybko zrobiło się też ciemno. Do domu wracaliśmy już w zupełnych ciemnościach. Z daleko widać było górującą na wzgórzu, ładnie oświetloną świątynię.

W internecie znalazłam wzmiankę o jeziorze Vouliagmeni, niedaleko Aten. Miejsce to słynie z małych rybek, z gatunku garra rufa, które stojącym w wodzie osobom robią darmowy pedicure. Spędziliśmy tam pół dnia, pływając w ciepłej, niemal słodkiej wodzie i dając się skubać rybkom. Zabawa przednia. Wieczorem poszliśmy jeszcze na lody i spacer promenadą naszej miejscowości. Mimo późnej pory gwarne życie toczyło się na ulicach i skwerkach. Pogoda temu sprzyjała. Było cudownie ciepło, ale w końcu nie upalnie.

Piątego dnia o świcie oddaliśmy auto do wypożyczalni i z jedną niedużą torbą a’la worek marynarski udaliśmy się do odprawy. My z Jackiem zawsze byliśmy minimalistami, ale ten wyjazd pokazał nam, że naprawdę można brać na wyjazdy jeszcze mniej 😉

 

 

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *