Kenijska biurokracja

  • IMG_20190108_083844
  • IMG_20190108_072929_HDR
  • IMG_20190108_074644_HDR
  • IMG_20190108_081907
  • IMG_20190108_110344
  • IMG_20190108_080141
  • IMG_20190108_110507
  • IMG_20190108_090001
  • IMG_20190108_110537
  • IMG_20190108_152127

 

08.01

Budzik zadzwonił o 5:30. Wstaliśmy i zaczęliśmy się szykować do wyjścia. Po kwadransie zadzwonił Meshack, że już jadą. Mieli w centrum Iten znaleźć matatu jadące do Eldoret i nim po nas podjechać, abyśmy nie musieli bez sensu czekać przy drodze. Zadzwonił po chwili ponownie, że już są przy naszej krzyżówce. Wczoraj uzgodniliśmy, że  będą ok 6 więc w pośpiechu zaczęliśmy się pakować. Na dworze czarna noc, mimo to minęło nas kilku biegaczy. Biegli wzdłuż głównej drogi, która jest oświetlona lampami. W bocznych alejkach panuje zupełna ciemność.

Wsiedliśmy do matatu i ruszyliśmy w kierunku Eldoret. Tym razem auto się zatrzymywało częściej niż ostatnio i pomimo kompletu pasażerów zabierało dodatkowe osoby. Widocznie w nocy, gdy nie ma patroli policji mogą sobie pozwolić na takie praktyki.

Po niecałych 40 minutach jazdy byliśmy w mieście. Zaczynało świtać, ale było pochmurno. W Eldoret, które leży około 500 m niżej niż Iten jest znacznie cieplej. Spacerem przeszliśmy przez miasto na drugi punkt, z którego odjeżdżają matatu w kierunku stadionu. Ulice Eldoret już były obudzone do życia. Jeździły matatu, motorki, ludzie otwierali swoje sklepiki. Ulice tu były strasznie zaśmiecone. Meshack mówi, że nie szkodzi, bo oni potem te śmieci zbierają i palą. Wśród odpadków są plastiki, które też puszczają z dymem, zupełnie nieświadomi ich toksyczności. Na każdym kroku jak możemy to staramy się ich uświadamiać. Ile z tego do nich trafia i ich przekonuje, nie wiem. W matatu, którym potem wracaliśmy jechał chłopiec, który po zjedzeniu paczki chipsów otworzył okno i wyrzucił opakowanie na zewnątrz. Yacool szturchnął go mówiąc, że źle zrobił, że powinien dbać o swoje otoczenie. Zarówno chłopiec jak i jego mama byli zaskoczeni, czego ten mzungu od nich chce.

Cała podróż na stadion Uniwersytetu Moi zajęła nam w sumie prawie 2h. Mimo, że to raptem ok 45 km od Iten. Tak właśnie wygląda podróżowanie po Kenii, gdy nie ma się swojego auta. Jest tanio, ale długo. Poszliśmy do głównej bramy prowadzącej na teren uniwersytetu. Weszliśmy do środka i chcieliśmy po prostu udać się w kierunku stadionu. Dzień wcześniej tak właśnie zrobiliśmy, gdy szliśmy na drugi ze stadionów w Eldoret. Niestety tu wejście na teren campusu okazało się bardziej skomplikowane. Strażnik ze stróżówki powiedział nam, że aby wejść na stadion musimy mieć specjalne pozwolenie podpisane przez władze uczelni. Nie pomogło tłumaczenie, że my nie chcemy po stadionie biegać, a tylko go zobaczyć i poobserwować trenujących na nim biegaczy. Być może Meshack z Danielem coś na początku źle powiedzieli i teraz nie było opcji, by to odkręcić. Strażnik pokazał nam skoroszyt, a w nim pisma innych coachów, w tym zagranicznych, którzy też musieli aplikować o taką zgodę. Mocno nas to zirytowało. Bo gdzie niby na tym końcu miasta mamy teraz szukać kafejki internetowej, w której moglibyśmy skorzystać z komputera i drukarki…

Dochodziła 7:30, za chwilę, zgodnie z informacjami uzyskanymi wczoraj, miał zacząć swój trening Eliud Kipchoge. Osoba odpowiedzialna za podpisanie zgody zaczynała planowo pracę o godzinie 8 i wtedy mieliśmy uzyskać potrzebną zgodę. Keniole widząc nasze wyraźne rozdrażnienie zaczęli nas uspokajać, że mamy czas, że po drugiej stronie ulicy jest punkt, gdzie możemy przygotować dokument. No dobra, skoro ten dokument da nam prawo do korzystania z tego obiektu do końca życia, i skoro i tak tu jesteśmy i czekamy, to postanowiliśmy się już więcej nie irytować na kenijską biurokrację tylko iść i dopełnić formalności. Przeszliśmy na pasach przez ruchliwą dwupasmówkę. Droga ta prowadzi do Nairobi i o tej porze jest już na niej dużo aut. Swoją drogą głośno skomentowaliśmy fakt, że przejście dla pieszych zostało wyznaczone dosłownie na środku skrzyżowania i kończyło się na wylocie drogi dojazdowej, nie dając możliwości bezpiecznego dojścia z jednej na drugą stronę. A tu nikt pieszymi, nawet na pasach zupełnie się nie przejmuje. Podnoszenie ręki jak uczą panie przedszkolanki na spacerach też niewiele daje.

Znalazłam jakąś małą tabliczkę na płocie z napisem „print”. Weszliśmy w ciasne podwórko, ale wszystko było pozamykane. Zaczęliśmy rozglądać się po innych budach. W końcu znaleźliśmy miejsce, gdzie chłopak miał komputer. Chłopacy wzięli od niego kartkę i na podstawie dokumentu, który Meshack sfotografował zaczęli rozkminiać co i jak napisać. Tu już zaczynała mi para uszami wychodzić. Wzięłam więc telefon Meshacka, kartkę i długopis i zaczęłam pisać pismo analogicznie do wzoru. Słyszałam tylko za moimi plecami ich „eee” jako podziw, że tak dobrze sobie z tym radzę. Gdy pismo było gotowe dali je chłopakowi, który chciał je teraz przepisać na komputerze. Oboje z yacoolem stwierdziliśmy, że to niepotrzebne, że mamy już naszą aplikację i nic więcej nie trzeba z nią robić. Byli wyraźnie zmieszani, bo przecież wzór był napisany na komputerze. Olaliśmy ten fakt i z dokumentem w ręku wróciliśmy do stróżówki przy bramie wjazdowej. Strażnik pozwolił nam wejść i wskazał drogę do biura uczelni. Śmialiśmy się, bo w tej chwili szliśmy przez sam środek campusu teoretycznie bez wyrażonej zgody na pobyt tu. W biurze uczelni nie było jeszcze osoby odpowiedzialnej za wyrażanie zgód, ale tamte strażniczki zgodziły się byśmy poszli na bieżnię i wrócili za jakiś czas.

Poszliśmy na stadion, biegało po nim kilku Kenijczyków, ale nie było wśród nich Kipchoge. Meshack gdzieś zadzwonił i dowiedział się, że Eliud ma tu być o 9. Postanowiliśmy więc zaczekać kolejne pół godziny. Po następnym kwadransie Meshack odebrał telefon. Dzwonił jego znajomy, podobno sąsiad Eliuda z informacją, że tamten właśnie wrócił do domu po treningu, który zrobił w Kaptagat. Ech. Tak to właśnie wygląda jak nie ma się informacji z pewnych źródeł. Machnęliśmy już tylko ręką i podeszliśmy jeszcze raz do biura zapytać czy nasz dokument jest już podpisany przez urzędnika. Niestety mimo, że dochodziła 9, osoba ta nie przyszła jeszcze do pracy. Dopisaliśmy więc telefon do nas na dokumencie, gdyby ktoś chciał się z nami skontaktować w celu zadania dodatkowych pytań i poszliśmy łapać matatu do centrum Eldoret.

W mieście zaprosiliśmy chłopaków na śniadanie. Poszliśmy do tej samej knajpy „dla niskich ludzi” co ostatnio. Potem wróciliśmy do Iten i poszliśmy do domu odpocząć. Po południu mieli do nas przyjść Lumbazi ze swoim coachem, pooglądać nagrania z Tambach i porozmawiać. Jacek chciał im też pokazać kilka ćwiczeń z jogi, które mogliby zacząć samodzielnie wykonywać. Przyszli około 15. Najpierw na telewizorze obejrzeliśmy filmy. Yacool komentował co widzi i co chciałby poprawić w ruchu Niebieskiego Keniola i kilku innych biegaczy. Potem na kartce starał się wytłumaczyć kluczowe kwestie, które on stosuje w treningu ze swoimi zawodnikami. Na koniec przeprowadził z nimi godzinną jogę. Co jest dla nas zaskakujące, to wszyscy dotychczas sprawdzeni przez nas Kenijczycy mają problem, by w leżeniu na plecach wyciągnąć za siebie proste w łokciach ręce. Czekamy na przyjazd jogina Bartka, jego wnioski i rady dla nich.

Chciałam zrobić chłopakom kenijski czai, ale okazało się to bardziej skomplikowane niż po prostu zalanie herbaty wrzącą wodą i dodanie mleka i cukru. Alex przygotował, a ja się przyglądałam. Najpierw do garnka wlał mleko i trochę wody. Postawił na gaz i wsypał do tego herbatę. Potem za pomocą sitka energicznie mieszał i pilnował by nie wykipiało. Na koniec wsypał cukier, pełne sitko i wszystko razem mieszał, aż się zagotowało. W końcu przelał napój do termosu, był teraz gotowy do rozlania do szklanek. Termos jest tu obowiązkowym narzędziem wykorzystywanym przez Kenijczyków. To w nim podaje się herbatę, a nie bezpośrednio w szklankach.

Gdy chłopaki wyszli od nas poszliśmy jeszcze z yacoolem do pobliskiej knajpki coś zjeść. Tym razem była w niej Nancy, właścicielka. Bardzo otwarta i uśmiechnięta dziewczyna. Porozmawialiśmy trochę o jej biznesie i życiu w Iten. Ona ucieszyła się bardzo z informacji, że za kilka dni będzie nas więcej. Serdecznie zaprasza wszystkich do swojej restauracji na lunch lub kolację. Z pewnością zabierzemy tam grupę, aby poczuli bardziej kenijskie życie.

 

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. Keri pisze:

    Jacek wygląda tak, jakby na uniwersytet wybrał się pod krawatem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *