Pantokrator, Sudanicho i „siódme niebo”

  • IMG_20180422_101137_HDR
  • IMG_20180422_112018_HDR
  • IMG_20180422_112113_HDR
  • IMG_20180422_112239_HDR
  • IMG_20180422_112340_HDR
  • PANO_20180422_112757
  • IMG_20180422_115211_HDR
  • IMG_20180422_121930_HDR
  • IMG_20180422_122859_HDR
  • IMG_20180422_131516_HDR
  • IMG_20180422_151244_HDR
  • IMG_20180422_171504
  • IMG_20180422_181419
  • IMG_20180422_191538
  • IMG_20180422_193045
  • IMG_20180422_194435
  • IMG_20180422_193614
  • IMG_20180422_193501
  • IMG_20180422_201843_HDR
  • IMG_20180422_151154_HDR
  • IMG_20180422_143731_HDR
  • IMG_20180422_131428_HDR
  • IMG_20180422_130140_HDR
  • IMG_20180422_193129

 

Po śniadaniu spakowaliśmy nasze toboły i z trudem upchnęliśmy je w bagażniku wynajętego auta. Z każdym dniem wydaje się, że rzeczy nam przybywa. Pojechaliśmy dziś na najwyższy szczyt wyspy, Pantokrator – 906 mnpm. Droga mimo, że to około 15 km zajęła nam prawie godzinę. Szosa była miejscami bardzo wąska i pięła się stromymi serpentynami ostro w górę. Przejeżdżaliśmy przez kilka małych wiosek, żyjących własnym życiem, bez turystów. Wracając postanowiliśmy zatrzymać się w jednej z nich w lokalnej knajpce na kawę.
Ze szczytu góry roztaczał się wspaniały widok na wybrzeże i przeciwległe wzgórza Albanii. Niektóre z nich nadal były ośnieżone. Na samym szczycie znajdował się zamknięty klasztor i wielkie słupy elektryczne, które psuły aurę tego miejsca. Poza nami i jakimś robotnikiem, który odnawiał kafejkę nikogo nie było. To urok zwiedzania wyspy przed sezonem. Jest tu już bardzo ciepło, ale nigdzie nie ma tłumów.

Zjeżdżając z góry nieomal przejechalibyśmy żółwia, który niespodziewanie wtargnął nam na drogę. Janek wcześniej stwierdził, że na wyspie nie ma zwierząt pasących się. Żółwia nikt z nas się nie spodziewał.
Zatrzymaliśmy się w wiosce Spartilas. Lokalna tawerna pełna była głośno rozmawiających Greków. Zamówiliśmy kawę, chłopaki frytki, ja nie obeszłam się bez sałatki greckiej. Dziś była niedziela, w kościele rozdzwoniły się dzwony i wyszła z niego procesja. Była i orkiestra. Jej przemarsz wstrzymał ruch w całej wiosce. Droga była tak wąska, że auta nie mogły się minąć. Po kilkunastu minutach procesja zawróciła do kościoła i wszystko dalej toczyło się leniwym trybem. Zjechaliśmy na wybrzeże. Droga nas trochę wymęczyła. Nie licząc yacoola cała nasza grupka cierpi na chorobę lokomocyjną.

Stanęliśmy przy plaży w miejscowości Mparmpati. Jadąc z góry wydawało się, że plaża jest tam piaszczysta. Było to złudzenie. Mimo to rozłożyliśmy się na ręcznikach. Woda była spokojna, bez fal. Wszyscy się dziś skusiliśmy na kąpiel. Przyszedł do nas pies, zupełnie podobny do Sudana. Położył się obok nas jakby należał do rodziny.

Po 17 zaczęliśmy się zbierać. Jechaliśmy około godziny wzdłuż wybrzeża. Sporo tu było wiosek i zatoczek. Dojechaliśmy na nocleg w okolice Sidari. Pani w recepcji nas zakwaterowała i wspomniała, że parę kilometrów stąd jest ładne miejsce na oglądanie zachodów słońca. Chłopaki nie chcieli jechać, woleli bawić się w basenie. Martyna z nimi została, a my z yacoolem pojechaliśmy. Okazało się, że miejsce to jest oblegane przez młodszych i starszych. Na klifie stoi znana knajpa „7th Heaven”. Gra tam głośna muzyka, wszyscy piją piwo, drinki. Podejrzewam co się tu dzieje w sezonie. Miejsce to jest znane z tego, że nad urwiskiem jest platforma ze szklaną podłogą.

Usiedliśmy na murku i czekaliśmy, aż słońce schowa się za horyzontem. Gdyby nie te masy ludzi i głośna muza, to byłoby całkiem romantycznie. Jutro przyjedziemy tu jeszcze raz z dzieciakami.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *