Pakistan – Karakorum Highway

Chillas
W drogę do Chillas wyruszyliśmy zgodnie z planem o północy. Trzecia, mocno zarwana noc z rzędu, zegarek zwariował, bo od soboty pokazuje mi mój body battery na poziomie 5/100. Ja czuję się mimo to fantastycznie, ale zapewne to zasługa adrenaliny i ciągłej akcji.

Nasz guide powiedział, że droga jest dobrej jakości, asfaltowa i bez zakrętów, więc podróż mimo długości trwania nie miała być zbyt ciężka. O trzeciej nad ranem obudziły mnie ostre zakręty i jazda mocną serpentyną pod górę. Z pewnością nie był to dobrej jakości asfalt o ile w ogóle był. Przejeżdżaliśmy przez jakieś wioski. Dziwiliśmy się, że tak wygląda autostrada Karakorum. Później okazało się, że guide kontaktował się z kimś podczas jazdy i zmienili drogę na inną. Wybrał jakoś skrót, dzięki któremu zaoszczędziliśmy wiele godzin podróży. Niestety restauracje w wioskach, które mijaliśmy były pozamykane. Cały ten obszar był wyludniony. Jest już po sezonie i droga, którą dziś jechaliśmy będzie wkrótce zamknięta. Dlatego mieszkający tu ludzie zjeżdżają na zimę na niżej położone tereny.

W pewnym momencie podróży zatrzymała nas policja i kazała czekać, aż się trochę ociepli i słońce roztopi lód na drodze. Przynajmniej tak przekazał nam nasz kontrahent. Ja gdzieś wcześniej czytałam, że pewien odcinek tej trasy odbywa się pod eskortą uzbrojonych policjantów. Jest to wynik zamachu na turystów sprzed dekady w jednym z campów u podnóży Nanga Parbat. I faktycznie po około pół godzinie przyjechał pick up z uzbrojoną w kałachy policją turystyczną. Pod ich opieką pokonaliśmy kilkanaście kolejnych kilometrów.

Zatrzymaliśmy się na przełęczy, na wysokości ok 4.100m npm. Widoki przepiękne. Ośnieżone góry, błękit nieba, cisza i spokój. Zrobiliśmy wiele zdjęć i ruszyliśmy dalej. Ja w nocy na tych serpentynach wzięłam zapobiegawczo dwa aviomariny i zaczynałam odczuwać mega zmęczenie, każdy próbował jakoś odespać ostatnie dni.
Obudziłam się, gdy wjechaliśmy już w zupełnie inny krajobraz. Jakby czas się tam zatrzymał. Zielone wzgórza, a na nich proste kamienne domy. Kobiety nad rzeką robiące pranie, dzieci biegające dookoła, mężczyźni w małych grupkach siedzący na poboczu.

Wkrótce potem dotarliśmy do naszego hotelu. Pięknie położony z widokiem na rzekę Indus. Dzieciaki kąpały się w niej. W hotelu oddelegowali nam jednego pracownika i poszliśmy z nim na spacer. Chcieliśmy zobaczyć pobliskie petroglify, datowane na 6000 lat pne. Super spacer, wioska trochę przypomina mi Iten w Kenii. Przy drodze warsztaty, dzieciaki biegające. Ty lko zupełny brak kobiet, sami mężczyźni. Przeszliśmy po wiszącym moście. Chłopaki pomogli w odpaleniu warszawskiego traktora „na popych”. Młodzież rozgrywała na piaszczystym boisku mecz piłki nożnej, starsi mecz siatkówki. Pokibicowaliśmy.

Nie do końca potrafię się tu jeszcze wyluzować. Nie wiem na ile swobody w kontaktach mogę sobie pozwolić. W Islamabadzie czuć było dużo większą otwartość dzieci i starszych. Tu miejscowi wydają się bardziej zamknięci i zdystansowani. Podobno ten rejon jest bardziej konserwatywny niż stolica. Ale z drugiej strony widać, że są nas ciekawi tylko mniej odważni, by podejść. Jest też większą blokada językowa, trudno tu się porozumieć po angielsku.
Do hotelu wracaliśmy o zmroku. Znowu przesiąkłam dymem rozpalanych ognisk i spalin samochodów. Zrobiliśmy zapas wody i coli i ciastek na jutrzejszy trekking. A teraz szansa na spokojny i długi sen.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i Google Politykę Prywatności oraz obowiązują Warunki Korzystania z Usługi.