Przylot na Lamu

  • IMG-20190124-WA0014
  • IMG_20190123_145458_HDR
  • IMG_20190123_165418_HDR
  • IMG_20190123_122531
  • IMG_20190123_123850_HDR
  • IMG_20190123_124344_HDR
  • IMG_20190123_125602_HDR
  • IMG_20190123_130330_HDR
  • IMG_20190123_144525_HDR
  • IMG_20190123_170312_HDR
  • IMG_20190123_170723_HDR
  • IMG-20190124-WA0003
  • IMG-20190124-WA0004
  • IMG-20190124-WA0011
  • IMG-20190124-WA0007

 

23.01

Na Lamu dolecieliśmy z międzylądowaniem w Mombasie. Na czas tankowania samolotu musieliśmy wyjść na lotnisko. Uderzył nas tropikalny afrykański żar. Po krótkiej przerwie wróciliśmy do samolotu i po 40 minutach lotu byliśmy na wyspie Manda. Tutaj było jeszcze goręcej. Na lotnisku czekali na nas dwaj Kenijczycy z tabliczką i nazwą naszego guesthousu. Razem poszliśmy na małą przystań skąd popłynęliśmy na Lamu. Wąską uliczką, uważając na przechadzające się osły doszliśmy do Jumbo Guesthouse. Przywitał nas Arnold, gospodarz.

Rozpakowaliśmy się w naszych pokojach, wzięliśmy zimny prysznic i po wskazówkach Arnolda, gdzie i co warto zjeść poszliśmy na spacer. Lamu to zupełnie inny klimat, ludzie i obyczaje niż w Iten. W knajpce z widokiem na „promenadę” zjedliśmy obiad, zapiliśmy świeżym sokiem. Poprosiliśmy by przygotowali go bez dodawania cukru.

Później wsiedliśmy na motorówkę i popłynęliśmy do sąsiedniej wioski Shela. Słynie ona z pięknych plaż. Jest tu też dużo ładnych hoteli, przygotowanych pod europejskich turystów. Wskoczyliśmy do oceanu, woda cudownie ciepła i mega słona. Popływaliśmy trochę, schodziliśmy się i spacerem poszliśmy do wioski na kawę. Ekipa zamówiła po capuchino, ja miałam ochotę na piwo. Posiedzieliśmy tam do zachodu słońca. Później motorówką wróciliśmy do naszego miasteczka.

Przeszliśmy się jeszcze wzdłuż głównej ulicy przy brzegu oceanu. Przy jednej z restauracji sprzedawano lokalne potrawy. Sprzedający tam mężczyzna nie reagował ani na moje ani na Ani prośby o jedzenie. Dopiero jak podeszli chłopacy i ponowili zamówienie, obsłużył nas. Wzięliśmy zapiekane jajkiem frytki, wyglądało to jak omlet. Janek zjadł szaszłyki. Kupiliśmy też placki podobne wyglądem do chapati, ale bardziej delikatne w smaku. Muszę posprawdzać nazwy tych potraw.

Po powrocie do naszego domu wypiliśmy po kubku herbaty. Makgajwer z Anią poszli jeszcze na spacer, a my poćwiczyliśmy jogę na tarasie. Było ciepło i przyjemnie. I wbrew obawom nie było komarów.

 

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *