Plantacja herbaty

  • 100_1513_1_
  • 100_1515_1_
  • 100_1564
  • 100_1565
  • 11050647_10206508936794682_7424866733405707864_o
  • 11055396_10206508938194717_8606343215725704411_o
  • 12140857_10206508949835008_7170311835490806729_o
  • 12182489_10206508957915210_9021179544291003928_o
  • 12183698_10206508937314695_5049382509894620802_o
  • 12185108_10206508949314995_2355384416732071029_o
  • 12185317_10206508949034988_5159062651598017698_o
  • 12186744_10206508950395022_1850744405817297079_o
  • 12189391_10206508961875309_5900351510666085497_o
  • 12189456_10206508962435323_4938001681144546491_o
  • 12194789_10206508938474724_7750327918798143258_o
  • 12194790_10206508951075039_1584610619632304410_o
  • 100_1589_1_
  • 100_1603_1_
  • 100_1605_1_
  • 100_1607_1_

 

Środa, 4 listopada 

Dziś dobiegliśmy do ukrytego w dżungli wodospadu. To jest to! Śpiew ptaków, małe papużki, które latają nam nad głowami, małpy przebiegające nam drogę. Fantastyczny biegowy ranek.

Jesteśmy już spakowani w małe plecaki i po śniadaniu jedziemy do znajomego biegacza – Wachiry, do Kapsabet. Noc spędzimy w jego biegowym obozie. Uprzedził nas o spartańskich warunkach. Wracamy prawdopodobnie jutro wieczorem. Wachira mieszka w Kapsabet w okresie treningów przygotowawczych do startów w europejskich maratonach. Umówiliśmy się z nim na popołudnie, wcześniej chcieliśmy jeszcze pojechać zobaczyć z bliska plantację herbaty. W centrum Iten wypłaciliśmy w banku kasę i poszliśmy złapać matatu do Eldoret. Z tym nie ma tu problemu, busiki często kursują na tej trasie. Cena też ok, 1 USD za osobę. Komfort podróżowania średni. Matatu to tutejsze minibusy, z założenia 12 lub 14 osobowe, ale podróżuje nimi tyle osób ile się zmieści. W naszym jechało 18.

Podróż z Iten do Eldoret trwa około 40 min. Kierowcy matatu jeżdżą jak szaleni, zwalniają jedynie na nieoznakowanych progach zwalniających których jest tu mnóstwo. Czasem o którymś zapominają i wtedy cały pojazd mocno podskakuje. Zaliczyłam dzięki temu kilka uderzeń głową o dach.

W Eldoret jest jeden wielki zgiełk. Przedmieścia są brudne i zatłoczone, po obu stronach drogi blaszaki i budki z owocami, ciuchami, usługami. Wysiedliśmy na stacji w centrum. Zaraz zaczęli do nas podchodzić inni kierowcy busów proponując przejazd do Iten powrotny. Poszliśmy poszukać miejsca, z którego odjeżdżały matatu do Kapsabet.
Nairobi wydawało mi się chaotyczne, ale tu na ulicach centrum panuje wolna amerykanka. Samochody i motory jeżdżą jak chcą, ludzie między nimi przemykają. Przechodzenie na pasach absolutnie nie gwarantuje bezpieczeństwa. Kierowcy w ogóle nie zwracają uwagi na pieszych.
Zapytaliśmy kogoś skąd odjeżdżają busy, od razu zaczął nas tam prowadzić. Dla nich to opcja zarobienia paru szylingów.

Dworzec matatu pełen był pojazdów, jedne odjeżdżały, inne wjeżdżały. Dookoła pełno straganów ze wszystkim. Naganiacze zaczepiają każdego, by wybrał jego busa. Jedne są nowsze, inne w stanie większej rozsypki. Na dachach często zapakowane różne toboły, materace, kartony z rybami (tak było na dachu naszego), a nawet trumny… Wsiedliśmy do jednego i czekaliśmy, aż zbierze się komplet pasażerów. Nauczka na przyszłość, by zawsze wybierać te, które są w miarę pełne, wtedy jest większa szansa, że szybciej ruszy. Rozkładu kursowania nie ma. Odcinek do Kapsabet to koszt 2 USD od osoby, czas podróży to kolejne 40 min.Po dotarciu na miejsce byliśmy już trochę zmęczeni, wychodziło zmęczenie po porannym treningu. Ale w planach mieliśmy kolejną przesiadkę i dojazd do Nandi Hills. Jest to miejscowość otoczona wzgórzami, na których uprawia się herbatę. Byliśmy ciekawi jak to wygląda z bliska. Kolejne matatu i tym razem starszy kierowca, który tak nie gnał. Zanim ruszył przez otwarte szyby co chwila ktoś wsadzał pomarańcze i pieczoną kukurydzę z nadzieją na ich sprzedaż.

Dojechaliśmy do Nandi i od razu udaliśmy się w kierunku zboczy z uprawami herbaty. Widok był niesamowity. Pola ciągnęły się po horyzont. Poprzedzielane były wąskimi alejkami i kilkoma szerszymi drogami, którymi jeździły czasem motory. Między krzakami herbaty rosły gdzieniegdzie wysokie kolorowo kwitnące kwiaty. Nie wiem jaka była ich rola. Niestety nigdzie nie widzieliśmy ludzi przy pracy. Wcześniej jadąc widzieliśmy, że schodzą z pól. Była 14 godzina i pomyślałam, że być może skończyli na dziś. Zapytałam przechodzącego gościa czy gdzieś jeszcze możemy zobaczyć pracujących ludzi, wskazał nam drogę, za kolejnym wzgórzem. Wszyscy, których spotykamy mówią po angielsku i bardzo się cieszą, gdy mogą pomóc.

Po dotarciu na szczyt wzgórza rozciągał się fantastyczny widok. Bezkresne pola porośnięte krzakami herbaty, a w oddali sylwetki ludzi z koszami na plecach. Poszliśmy do nich.

Zaczepiłam jednego z robotników i poprosiłam o lekcję zbierania liści herbaty. Śmiał się, gdy chciałam zarzucić na plecy jego kosz, by faktycznie poczuć jak to jest. Ten był jeszcze pusty i lekki, kosz, który założył yacool był prawie pełen, podobno ważą wtedy około 10 kg. Charlie wytłumaczył mi, które listki powinnam zbierać, uszkodzone odrywać i wyrzucać. Na tej plantacji pracowało 200 osób. Po chwili zjawił się supervisor ze swoim asystentem z dość nieufną miną. Grzecznie się przywitaliśmy i wyjaśniliśmy co tu robimy, nie chciałam, by wspomniany Charles miał przez nas kłopoty. Przypomniało mi to trochę czasy niewolników i pracę na plantacjach, yacoolowi przypomniały się czasy studiów i pracy w Anglii. Nadzorcy poprosili nas o wspólne zdjęcie, podali też adres do wysyłki. Obiecaliśmy, że to zrobimy po powrocie do Polski. Maila nie mieli.

Wracając na główną drogę przeszliśmy przez osiedle domków, w których mieszkają robotnicy wraz ze swoimi rodzinami. Na polu pracują głównie mężczyźni, choć kilka kobiet też widziałam. Żony wraz z dziećmi siedzą w domach. Miesięczne zarobki to około 100 USD, ale podobno można zarobić dużo więcej, zależy od ilości zebranych koszy z herbatą.

Dzieciaki wybiegły gromadnie z domów na nasz widok, z okrzykami mzungu. Bały się moich włosów, odważniejsze chciały dotknąć. Nadciągała potężna burza, niebo było czarne, grzmiało i zaczynało padać. Na szczęście udało się nam zatrzymać matatu. Było co prawda pełne, ale co tam. Naganiacz, który zawsze jedzie w każdym z tych busów, wysadził kilka osób, ulokował nas wewnątrz, po czym tamtymi zaczął dopychać. Tym razem naliczyłam 20 osób, dwie jechały stojąc zgięte w pół nad głowami innych.

W Kapsabet lało. Okazało się, że nasz znajomy mieszka jeszcze 5 km od centrum. Poczekaliśmy, aż ulewa przejdzie i motorem podjechaliśmy na miejsce, z którego miał nas odebrać. Czekając na niego widzieliśmy mini karawanę, trzy wielbłądy, na ich grzbietach jechali ludzie.

Przyszedł Wachira, razem z kolegą. W sumie widzieliśmy się jedynie raz, rok temu w Austrii, gdzie startował w półmaratonie. Potem tylko mailowaliśmy. Wyściskaliśmy się jak starzy znajomi. Poszliśmy do knajpki na herbatę i mandazi (to te pączki, o których wcześniej pisałam). Potem chłopaki poprowadzili nas do swojego domu. Droga do ich gospodarstwa prowadziła także przez pola herbaciane. W Iten ludzie uprawiają kukurydzę, tu herbatę. Dom należy do przyjaciela Wachiry, który ma ksywę Bekele. To dom w zasadzie jego brata, który zlecił mu opiekowanie się gospodarstwem. Brat z kolei jest żołnierzem i mieszka w Eldoret. Bekele mieszka w nim wraz z żoną i pięcioletnią córką. Dom nie jest skończony, w pomieszczeniach brakuje sufitów, są położone belki i dach. Wyposażony w niezbędne sprzęty, do których zalicza się już telewizor. Wachira wynajmuje u nich pokój, który na czas naszego przyjazdu nam odstąpił. Pokój ok 5 m2, na podłodze kawałki wykładziny i materac.

Mimo bardzo surowych warunków życia ludzie są tu w zasadzie samowystarczalni. Obok Bekele dom mają także jego rodzice i jeden z braci. Dom rodziców ma trzy lata, wcześniej mieszkali w lepiance. Ten zbudowali z cegieł, które wytwarza ich starszy syn, z gliny, którą wydobywa na swojej działce. Cegły wypala na sprzedaż. Rodzice mimo wieku, mama ma 65 lat, tata 70, nadal pracują na swojej ziemi. Uprawiają małą plantację herbaty, ze sprzedaży której się utrzymują. Jak ktoś ma ziemię, to zawsze da sobie radę. I nie musi za nią płacić żadnych podatków.

W Kapsabet podobnie jak w Iten trenuje wielu biegaczy. Jest tu o około 500 m n.p.m. niżej. Miejsce to ma też swój urok.

Na kolację było ugali i sukuma, duszone zielone warzywa z pomidorami. Bardzo proste i smaczne. Do tego herbata z termosu. Długo siedzieliśmy rozmawiając. Nagle wysiadł prąd, zrobiło się ciemno i cicho. Znowu poczuliśmy prawdziwą Afrykę. Ciszę zagłuszały jedynie cykady. Teraz wreszcie po dwóch tygodniach się wyśpimy. Czar prysł o trzeciej nad ranem. Przeraźliwe pianie koguta uświadomiło nam, że jesteśmy na wsi. Pierwsza myśl: trzeba go zabić. Kogut dawał o sobie znać wielokrotnie, aż do rana. Umówiliśmy się z gospodarzem, że jak przyjedziemy tu następnym razem, to dostaniemy go na obiad.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *