Wyprawa nad Jezioro Wiktorii

  • 887562_10206508995156141_4160392078793450633_o
  • 11056627_10206508996796182_7072347132821105776_o
  • 11222999_10206509000236268_7868527593396200659_o
  • 12182455_10206508989355996_5119125706689029735_o
  • 12182592_10206508998076214_5919217744435144083_o
  • 12182642_10206508988195967_6395105976593779827_o
  • 12182742_10206508994556126_1458565696897588178_o
  • 12182986_10206508995836158_715520628993423782_o
  • 12183777_10206508991156041_5706491944706887346_o
  • 12183961_10206508998756231_126873147616246800_o
  • 12185284_10206508989876009_3634692312450980908_o
  • 12186379_10206509001876309_4937253944420174678_o
  • 12186498_10206508990356021_9052865572594110147_o
  • 12191126_10206509003196342_9111241193365664878_o
  • 12194569_10206508993956111_5270738721953004054_o
  • 12194759_10206508997316195_4624319841225914062_o
  • 12194775_10206509000476274_4901824578273489781_o
  • 12194784_10206509000956286_2874075410298411644_o
  • 100_1615_1_
  • 100_1636_1_
  • 100_1651_1_
  • 100_1654_1_

 

Czwartek, 5 listopada

Rano chłopaki poszli na swój trening, my spaliśmy. Gdy wrócili yacool pokazał im swoje ćwiczenia. Dołączyła do nas gromadka dzieci, wszyscy ćwiczyliśmy pach-pachy w ogrodzie przed domem. Potem śniadanie, owoce, chleb z dżemem, herbata. Toaleta, golenie etc. Dziś w planach była podróż nad Jezioro Wiktorii. Żaden z chłopaków tam jeszcze nie był, więc zaproponowaliśmy im wspólny trip.

Poszliśmy na skrzyżowanie łapać matatu do Kapsabet, a stamtąd do Kisumu, leżącego nad brzegiem jeziora. Zaczął padać deszcz i jak na złość wszystkie przejeżdżające matatu były przepełnione. Staliśmy tak prawie godzinę. Przy pobliskim straganie Wachira pokazał nam chłopaka, byłego rekordzistę świata na 25 km z Berlina. Chłopak podszedł do nas, przedstawił się, my i tak nie zapamiętaliśmy jego nazwiska. Takie przypadkowe sensacje są tu na porządku dziennym.

Zaczynało robić się późno i nachodziła mnie irytacja i zwątpienie czy w ogóle jest sens jechać. Nasi kenijscy znajomi nie przejmowali się, po prostu czekali. Nie wiem skąd, ale nagle pojawił się jakiś facet proponując, że zawiezie nas tam swoim autem. Podał świetną cenę, 3500 Ksh, czyli 35 USD, na którą przystaliśmy, by nie tracić więcej czasu. Droga do Kisumu zajęła nam dwie godziny. Kisumu to duże miasto, jeszcze bardziej chaotyczne niż Eldoret. Totalny harmider. Chcieliśmy jak najszybciej się z niego wydostać i dojechać nad jezioro. Nasz kierowca, Kornel bardzo sympatyczny 60-latek dobrze znał te okolice. Zawiózł nas do wioski rybackiej.

Woda w jeziorze była ciepła jak zupa. Na straganach można było kupić tutejszą rybę, tilapię. Lokalne chłopaki proponowali nam wynajęcie łódki i obiad w jednej z nadbrzeżnych knajp. Kornel stwierdził, że jest drogo i pokaże nam lepsze miejsce. Podjechaliśmy do innej zatoczki. Tu piętrzyły się knajpy, a kelnerki nawoływały przekonując, że to akurat u nich powinniśmy zjeść. Toalety były w osobnej, murowanej przybudówce. Koszt 40 groszy. Bekele przeżył szok. To była pierwsza toaleta w jego 30 letnim życiu, za którą musiał zapłacić. Dla mnie pierwsza restauracja z toaletą w polu. Zamówiliśmy wielką tilapię dla całej naszej piątki, do tego ugali. Ryba była świetnie przyrządzona, cała w sukumie i sosie. Mniam. Tu się je rękami. Przed i po posiłku kelnerka przychodzi z miską, dzbankiem z wodą i mydłem, by każdy mógł umyć ręce.

Najedzeni i zadowoleni podjechaliśmy do portu. Tu ceny biletów wstępu są odmienne dla mieszkańców, Kenijczyków i obcych. Dla nas są minimum pięciokrotnie wyższe, w jednym z parków były droższe dziesięciokrotnie! Wszystko liczone w dziesiątkach, a nawet setkach dolarów. W porcie chcieliśmy wynająć łódkę i popływać po jeziorze. Nasz kierowca zaczął negocjacje. Tu jest to normą, ja bym wolała załatwiać takie rzeczy szybciej, ale uczę się cierpliwości i czekania. Kornel wytargował dobrą cenę, założyliśmy kapoki i popłynęliśmy. Woda iskrzyła się w słońcu. Ja byłam lekko spanikowana, chłopaki tym bardziej, bo nie umieją pływać, gdy podskakiwaliśmy na falach, które rozbryzgiwały się o dziób naszej łodzi motorowej. Widzieliśmy na brzegu łodzie rybackie, wille, hotele i zebry. Hipopotamy można spotkać bardzo wczesnym rankiem, albo późnym wieczorem, w ciągu dnia chowają się w zaroślach.

Niebo zrobiło się granatowe, znów zanosiło się na ulewę. Bałam się, by burza nie zastała nas na jeziorze. Do Kapsabet wracaliśmy w fatalnych warunkach. Zapadała noc, ściana wody, olbrzymi ruch, dziury i nieoznakowane progi zwalniające na drogach, kierowcy osobówek, ciężarówek, autobusów i motorów jeżdżący bez włączonych świateł. Pełno spacerujących brzegiem drogi ludzi i rowerzystów, bez jakichkolwiek odblasków. Totalna masakra. Było ciemno i lało, dawno tak się nie bałam. Jechałam z zamkniętymi oczami, czekając, by ten koszmar się skończył.

W Kapsabet zrobiliśmy sobie przerwę na herbatę i mandazi w “hotelowej” restauracji. Była 20:30, szanse na złapanie o tej porze matatu do Eldoret, a potem do Iten marne. U chłopaków na kolejną noc nie chcieliśmy zostawać. Chcieliśmy sobie rano pobiegać po naszych itenowych szlakach. Dogadaliśmy się z Kornelem na stawkę za zawiezienie nas do domu, kolejne 80 km. Kosztowało nas to prawie tyle samo co wyprawa nad jezioro, ale z drugiej strony była noc, a on potem jeszcze musiał wrócić do siebie. Nie miałam siły na targowanie się, poza tym polubiliśmy go bardzo i byliśmy wdzięczni za dotychczasowe usługi. Na stacji benzynowej okazało się, że złapaliśmy panę. Yacool wymienił koło. Wachira i Bekele nie chcieli się z nami rozstawać i też pojechali do Iten. Poza tym jeszcze nigdy nie byli w Home of Champions. Po drodze Jacek zmienił za kółkiem mocno już zmęczonego Kornela. Dobrze sobie radził za kierownicą automatu, do tego jadąc po drugiej stronie jezdni. Na szczęście tu ruch był już mały, ludzie też przestali się szwendać, no i nie padało. Podziwiałam przez okno rozgwieżdżone niebo. Wachira gadał całą drogę, nie znam drugiego takiego gaduły! Do Keellu dotarliśmy po 23. Zaprosiliśmy jeszcze chłopaków na herbatę, wymieniliśmy się kontaktami telefonicznymi, pożegnaliśmy i poszliśmy spać. O drugiej w nocy przyszedł SMS od Bekele, że dojechali.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *