Cypr – góry Troodos

 

Zapewne cudownie byłoby obudzić się o 7 rano samemu z wypoczynku, a nie przez tupanie psich łap o panele. Albo przez dzwoniący nie wiedzieć czemu o świcie budzik w yacoola telefonie… 😆 Może jutro mi się to uda 😆

Tymczasem dziś, skoro budzik już i tak mnie obudził, a za oknem świeciło słońce, i do tego kolega od rana zadaje niewygodne pytania czy ja na tym Cyprze odpoczywam czy biegam…? 😉 to wstałam. Poszliśmy z yacoolem zrobić rekonesans, czy da się tu biegać wzdłuż wybrzeża. Wieczorem poprzedniego dnia z Jankiem nie udało nam się dojść do plaży, bo po ciemku idąc wydawało nam się, że droga się kończy i zaczyna morze.

I faktycznie jest tu jakby koryto rzeki, wybetonowane, które dochodzi do morza. Być może przy silnych opadach albo roztopach w górach spływa tędy woda. Teraz parkują tam auta, a przy większym sztormie woda wdziera się głąb lądu. Po przejściu stu metrów plażą weszliśmy na betonową ścieżkę biegnącą wzdłuż morza w kierunku centrum Limassol. Momentami biegliśmy ścieżką rowerową, bo była mniej uczęszczana rano. Na początku było fajnie rześko. Dobiegliśmy do mariny, po drodze minęliśmy dmuchaną bramę ustawioną na dzisiejszy bieg. Do wyboru były dwa dystanse, 3,5 i 7km. Przed wyjazdem trafiłam na info o tych zawodach i nawet miałam ochotę się zapisać. Może za rok sobie pobiegniemy w nim.
Po 5,5km dobiegliśmy do drewnianego molo i mariny. Zawróciliśmy i trening kończyliśmy już w pełnym słońcu. Fajnie biegać w takim klimacie, ciepło, ale nie za bardzo, choć na przyszłość wyjdziemy chyba trochę wcześniej niż o 7:30, by było jeszcze przyjemniej.

Dziś zaplanowałam wyjazd w góry Troodos. Byliśmy ciekawi warunków jakie tam panują. Zatrzymaliśmy się w uroczej wiosce Omodos, leżącej 800 m n.p.m., w regionie winnic. O tej porze roku było tu wciąż sporo turystów. W sezonie zapewne są tu tłumy. Przeszliśmy klimatycznymi uliczkami miasteczka, zajrzeliśmy do XII w. klasztoru, w którym w srebrnym relikwiarzu znajduje się kawałek liny, którą ponoć Jezus bym przywiązany do krzyża (o tym doczytałam zbyt późno , więc nie widzieliśmy). Wypiliśmy kawę i ruszyliśmy dalej.

Wjechaliśmy na górę Olimp, najwyższy szczyt wyspy – 1951 m n.p.m. Na sam szczyt wejść nie można, znajdują się tam wojskowe instalacje. Zimą na zboczach zalega śnieg, a od stycznia do marca można tu nawet pojeździć na nartach. My widzieliśmy trzy wyciągi, z czego jeden wydawał się być użytkowany.
Śniegu nie było. Ale temperatura na szczycie w granicach +8st, przy ponad 20 st na wybrzeżu. Świeciło piękne słońce więc postanowiliśmy trochę poeksplorować.

Najpierw krótki marsz do ponad 500 letniej sosny czarnej. Dużo jest tu starych, wielkich drzew tego gatunku, podobno niektóre mają blisko tysiąc lat, my na taką nie trafiliśmy.
Później zatoczyliśmy pętlę wokół Olimpu idąc szlakiem Artemidy. Byliśmy ciekawi czy można by na nim robić biegowe treningi. Jest niemal idealny, bo całość leży powyżej 1800 m n.p.m i nie ma dużych przewyższeń, ale niestety mocno kamienisty, miejscami poprowadzony wąskim trawersem. Fajny na szybki marsz, albo spokojniejszy marszotrucht.
Kończyliśmy szlak już po 16. Udało nam się przed zachodem słońca, które w grudniu zachodzi ok 16:30. Szkoda, że tak szybko, bo po 17:30 jest już zupełnie ciemno. Więc trzeba łapać dzień od wczesnego rana.

Wróciliśmy do naszego domu. Nie wchodząc na górę od razu poszliśmy do knajpy na późny obiad. Zegarek pokazuje mi 29.930 kroków. Na dwór nie mam siły już wychodzić, ale może pokręcę się jeszcze po domu, by zakończyć dzień 30-stką 😁

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i Google Politykę Prywatności oraz obowiązują Warunki Korzystania z Usługi.