Jezioro Son Kul
Ostatnie dwie noce spędziliśmy nad jeziorem Son Kul. Aby do niego dojechać przekroczyliśmy przełęcz na wysokości ok 3500 m n.p.m. i zjechaliśmy niżej na 3000 m n.p.m. Po prawie dwóch tygodniach w Kirgistanie i przebywaniu na znacznych wysokościach jesteśmy już dobrze zaaklimatyzowane. Niemniej jednak nadal można mieć zadyszkę przy szybszym marszu i jednoczesnej rozmowie. 😉
Nasz obóz jest położony z dala od innych campów. Poza nami było jeszcze tylko dwoje turystów, ich kierowca i guide. To dawało poczucie prywatności i spokoju.
Przy kolacji wymieniliśmy się z nimi doświadczeniami z podróży i wrażeniami. I oczywiście tradycyjnie już rozegraliśmy rundę w karty, w „czarną damę”. W którymś ze sklepików kupiłam sobie talię kart, mają na rewersie zdjęcia tutejszych atrakcji i widoków. W wielu z tych miejsc byłyśmy.
Jedną z większych atrakcji pobytu nad jeziorem Son Kul jest jazda konna. Tu w odróżnieniu od wcześniejszego treku na Ala Kul jest płasko i łąkowo.
Zamówiłyśmy sobie konie na kolejne przedpołudnie. Rano niestety padał deszcz, a jazdę w deszczu już przerabiałyśmy, nic fajnego.
Szybka zmiana decyzji. Prognoza pokazała, że po południu ma być lepsza pogoda. Przełożyłam więc konie na po lunchu, a do tego czasu postanowiłyśmy pomaszerować po okolicy. Niektóre dziewczyny wybrały się na spacery solo. Dzisiejszy dzień był przeznaczony na spędzenie go wg własnych upodobań, aktywnie lub leniwie. To już ostatnie kirgiskie klimaty w czasie tej wyprawy.
Poszłyśmy na spacer w kierunku jeziora. Ależ ta przestrzeń i jej ogrom są złudne! Z naszego obozu widziałyśmy kamienną wieżę, wydawała się stać tuż nad wodą. Okazało się, że dojście do niej to ponad 1km, a do jeziora było od niej drugie tyle. Wieża była kurchanem postawionym na cześć walecznego wojownika w wojnie z Kazachami w XIX w. Po półtorej godzinie marszu lekko zmachane wróciłyśmy na lunch. Niby po płaskim, ale wysokość robi swoje. Nie co dzień spacerujemy na wysokości 3000 m n.p.m. 😉
Po lunchu konie już na nas czekały. Tym razem były punktualnie. Wsiedliśmy i ruszyliśmy w kierunku jeziora. Towarzyszyły nam dwa duże psy, w typie owczarków niemieckich, które co jakiś czas odbiegały i uganiały się za pasącymi się na otwartych pastwiskach krowami. To chyba ich sposób na zabawę, psy chwytały byczki za końcówkę ogona, a one wierzgały odganiając je.
Stempem dojechaliśmy do jeziora i dalej jechaliśmy wzdłuż jego brzegu.
Tafla jeziora pięknie mieniła się w słońcu. Było niesamowicie. Konie miały różne temperamenty. Mi trafił się nadzwyczaj spokojny, gdy inne miały ochotę pogalopować mój spokojnie maszerował swoim tempem. Czułam, że nie reaguje na moje szturchnięcia, więc go nie zmuszałam do szybszego biegu.
Kiedy poczuł, że zbliżamy się do campu sam przyspieszył pod górkę, najpierw przeszedł do kłusu, a potem na chwilę do galopu. Ach, cudowne to było uczucie. Aż żałowałam, że nie chciał więcej pobiegać. Może będę kontynuować lekcje po powrocie do domu…
Popołudnie, do zachodu słońca spędziliśmy przed jurtami. Przyszły do nas córki właścicielki i innej pracownicy i chciały, by się z nimi bawić. Na obrzeżach obozu pasły się klacze. Jeden z chłopaków co 2h szedł je wydoić. Z ich mleka produkują między innymi kumys, sfermentowany napój. Chłopak dał nam go spróbować. Wzięłam małego łyka bojąc się sensacji żołądkowych. Jak dla mnie kumys smakuje jak rzadki kefir w połączeniu z wodą po ogórkach kiszonych. Całkiem smaczny. Daniel wypił dwie czarki, no ale jego jelita są do tych bakterii przyzwyczajone.
Przed nami ostatnia noc w Kirgistanie. Niestety niebo się zachmurzyło, a ja już nie miałam siły czekać do północy, by wyjrzeć z jurty w poszukiwaniu drogi mlecznej. Przy braku świateł widok z pewnością byłby tu spektakularny.















