JP ll CROSS RUN – Oborniki 2018

  • yacool i Seba
  • 5b263efb6bdf7_o,size,933x0,q,70,h,551890
  • 5b263f343d482_o
  • 5b263f60275c3_o
  • ruda i burmistrz
  • Seba
  • 35509225_1723500614406994_5605301495193927680_n
  • ruda, yacool, Seba, Ada, Julka
  • IMG_20180617_112909_HDR
  • ruda - podium
  • IMG_20180617_115102_HDR
  • Zdjecie6
  • ruda
  • Zdjecie13
  • Seba i ruda

W niedzielę w Obornikach Wielkopolskich odbyła się druga edycja crossowego biegu JP II Cross Run. Nie zapisywałam się na niego, bo generalnie nie lubię startować w środku lata, przy wysokich temperaturach. Poza tym ostatnio, w ogóle nie mam parcia na zawody, świetnie się bawię treningami i to mi wystarcza. W środę, zgodnie z yacoolową rozpiską zrobiłam z chłopakami interwały 12 x 1km po leśnej pętli w poznańskim Marcelinku. Po raz pierwszy, odkąd w ogóle zaczęłam biegać siedem lat temu, wchodzę w tego typu treningi i objętości po 40-50 km/ tydzień.  Wszystko dzięki temu, że nic nie boli i po raz pierwszy dobijam do roku biegania bez przerw wymuszanych kontuzjami. Jedyne co boli to dupa po wspólnych treningach z yacoolem, zwłaszcza tych w tempie po 7-8min/km, tak jak dziś.

W czwartek wieczorem okazało się, że koleżanka uszkodziła sobie kolano i nie może pobiec w Obornikach. Zaproponowała, bym poleciała na jej numerze. Zapisy dawno się już skończyły, więc to była jedyna opcja, by wystartować. Chętnie się zgodziłam, po ostatnich treningach nabrałam nawet ochoty na jakiś start, a ten bieg miał być na 5 km, leśnymi duktami. Więc to co lubię.

Przed biegiem głównym na 5 i 10 km był marsz nordic walking na 5 km. Po tej samej trasie, którą potem mieli pokonać biegacze. W niedzielę upał był niemiłosierny, powietrze stało w miejscu, bezchmurne niebo i żadnego powiewu wiatru. Przebiegliśmy się z Sebastianem dosłownie ze 2 km po trasie na rozgrzewkę i wróciliśmy mokrzy. Marsz nordicowców się przedłużał bardziej niż zakładali organizatorzy. Chodziarze wchodzili na metę nieźle wymęczeni. To był znak, że może być ciężko.

Start obu biegów był wspólny. Zaczynał się na piaszczystej plaży wzdłuż Warty, porośniętej gdzieniegdzie kępkami trawy. Wystrzał z pistoletu poprzedziło wykonanie przez młodego chłopca „Barki”, podobno ulubionej pieśni Jana Pawła II. To w końcu papież jest patronem tego biegu. W sumie wystartowało około 250 osób. Najpierw po piachu, potem stromym podbiegiem, a następnie żwirową drogą. Po 500 metrach mijałam osoby, które stwierdzały, że już mają dość. Czarny, żwirowy pył wpadał do oczu i w zęby. Po około kilometrze (trasa niestety nie miała znaczników kilometrów) skręciliśmy do lasu. Z mojej rozgrzewki z Sebastianem kojarzyłam, że tam droga się zwęzi do ścieżki, po której w zasadzie może biec tylko jedna osoba. Chcąc wymijać trzeba było wbiec w duże koleiny i dziury ryzykując zwichnięcie kostki i bliskie spotkanie z pokrzywami. Yacool poradził mi, bym zanim tam skręcimy wyprzedzała, by potem nikt mnie nie stopował. Tak też zrobiłam. Biegłam potem komfortowo swoim tempem. Pierwszy z podbiegów i szukanie choć kawałka w miarę ubitej powierzchni. W lesie strasznie sucho, ścieżki mocno piaszczyste, w końcu to cross. Potem dowiedziałam się od brata, że oni po tych terenach robią offroady na swoich motorach… W lesie stali wolontariusze z kubkami wody, chwyciłam jeden, by choć trochę zwilżyć usta, bo o przełykaniu śliny nie było mowy. Przede mną biegły dwie dziewczyny, zaczęłam się do nich zbliżać i gdy prawie się z nimi zrównałam ktoś mi krzyknął „piątka w prawo”. To był mniej więcej trzeci kilometr biegu i tu trasa rozdzielała się w zależności od wybranego dystansu. Byłam już na tyle zmęczona, że dobrze, iż ktoś wyłapał mnie po kolorze numeru startowego, bo bym nie zauważyła tego rozwidlenia i poleciała na 10k.

Biegłam w zasadzie sama większość trasy, może to i dobrze, mogłam sobie bez zahamowań jęczeć jak mi ciężko ;). Doszukałam się w myślach w sumie trzech biegów, gdy byłam tak zmęczona i jedyne o czym marzyłam, to by być już na finiszu. Nogi miałam mega ciężkie, nie wiem czy to jeszcze środowy trening, czy sobotnie przebieżki, które miały mnie pobudzić na start (wchodziły mi elegancko, bez wysiłku po 18-17”), czy to wina przede wszystkim temperatury. Do tej pory przed startami zawsze robiłam sobie dwa, a nawet trzy dni zupełnej przerwy od biegania. Może następnym razem wrócę do tego modelu. Na kolejnym odcinku trasy strażacy rozstawili kurtynę wodną. Przebiegłam tak, by tylko trochę zmoczyła mi nogi. Bałam się zalania oczu wodą, a co za tym idzie też i potem. Fragment trasy prowadził po asfalcie, tu trochę nogi odpoczęły, ale z kolei słońce przygrzało jeszcze mocniej. Gdy po wbiegnięciu do lasu, na kolejnym zbiegu ktoś mi pokazał, że jestem pierwszą kobietą i że jeszcze tylko 1,5 km do mety spojrzałam na zegarek. Nie mam gpsa, więc nie wiem ile już przebiegłam, ale miałam w nogach 22 minuty i nijak to się miało do czasów moich bieganych piątek. W tym czasie, to już dawno powinnam być na mecie. Zmobilizowałam się, by utrzymać tempo i przestać jęczeć ;). Wyobrażałam sobie moje leśne ścieżki i ile to jest półtora kilometra. Końcówka znowu po żużlu, który był mega odpoczynkiem po tych leśnych wertepach. Na koniec jeszcze ostry, porośnięty trawią zbieg i sylwetka yacoola, który coś tam mi wymachiwał. Wydawało mi się, że pokazywał mi bym biegła bokiem trasy, gdzie piach był mniej grząski (końcowe 100 metrów to bieg po piasku…). Potem okazało się, że chciał mi przybić piątkę, a ja od niego uciekałam. Wpadłam na metę, nie zdążyłam zaczerpnąć oddechu, a już burmistrz powiesił mi medal na szyi, a fotograf kazał się uśmiechnąć do zdjęcia.

Spiker ogłosił, że jestem pierwszą kobietą. Fajnie! Sebastian dobiegł do mety prawie 7 minut przede mną, deklasując rywali. Dzieciaki, które trenuje w Obornickim Klubie LA mogły zobaczyć jak ich trener wygrywa niełatwe zawody. I to w jakim stylu, na pełnej sprężynie. Yacool był zachwycony, a jego rzadko co zachwyca. Ja dowiedziałam się, że mogłabym niżej schodzić na nodze, czyli standard.  Zanim reszta biegaczy ukończyła zawody wzięłam zimny prysznic. Dobrze, że była taka opcja. Mimo stania pod zimną wodą przez 5 minut, ulga prawie żadna. Po chwili żar znowu ze mnie buchał. W ramach poczęstunku były banany i pyra z gzikiem. Potem dekoracja. Zgarnęliśmy z Sebą największe puchary za wygrane w generalce. Takiego wielkiego trofeum jeszcze nie dostałam, zajmuje pół szafki. Reszta dnia to już tylko leżenie, nawadnianie i obżeranie czereśniami. A dziś jak na złość dużo lepsze warunki do biegania, ochłodziło się o dobre 10 stopni…

 

Może Ci się również spodoba

4 komentarze

  1. Robert pisze:

    gdy zwycięzcy bawią się biegiem i z uśmiechem pozują w trakcie biegu to nie ważne są czasy ale styl 🙂 i tu widzę że jest potencjał

  2. Keri pisze:

    La donna e mobile, to wiemy, ale żeby aż tak: Agato vel Adrianno Mściwujewska!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *