Podróż do Nanyuki

  • 12232660_10206547242072290_2964211544444546996_o
  • 12232906_10206547238712206_8211874477309291937_o
  • 12238180_10206547239312221_6326981291733636920_o
  • 12238274_10206547241872285_1535968983765072600_o
  • 12238386_10206547239352222_8129646020694700521_o
  • 12239254_10206547242672305_2851474851441823052_o
  • 12240217_10206547240272245_3093524083360201133_o
  • 12244353_10206547242352297_6504376350231043122_o

 

Niedziela, 08.11 

Dziś wyjeżdżamy z Iten. Jest niedziela, więc szansa na mniejszy ruch na drogach i szybsze pokonanie trasy. Po śniadaniu, pożegnaliśmy się ze wszystkimi w hotelu. Przez te niemal trzy tygodnie zżyliśmy się z nimi. Zgodnie z umową, rano do hotelu przyszedł Alex, chłopak który pracuje w sklepiku z pamiątkami Olimpic Corner, gdzie robią koralikowe bransoletki. Nie spóźnił się i przyniósł nam wieszak w kształcie głowy zebry, który u niego wcześniej zamówiliśmy. Pogoda pochmurna i deszczowa, była gęsta mgła.

Wyszliśmy na główną drogę i po chwili zatrzymaliśmy matatu do Eldoret. Tym razem nie był przepełniony, po 40 minutach byliśmy na miejscu. Stamtąd udaliśmy się na inną stację, z której odjeżdżają busy do Nairobi. Cały czas się wahaliśmy jak jechać. Ja chciałam dojechać do Nakuru, tam wysiąść i przesiąść się na matatu do Nanyuki. Ale wczoraj zadzwonił do nas Wachira i namawiał, by jednak jechać najpierw do Nairobi, a stamtąd pod Mount Kenya. Ta droga mimo, że dłuższa miała być lepszej jakości i szybsza. Matatu w Eldoret było oczywiście mnóstwo, ale podszedł do nas chłopak, który zaproponował, że w tej samej cenie (8 usd za os.) zawiezie nas swoją nową Toyotą do Nairobi. Zgodziliśmy się, bo po pierwsze będzie szybciej, a po drugie większy komfort podróży. Zaznaczył jedynie, że dobierze jeszcze dwóch pasażerów, by zapełnić auto. Na drodze mimo dnia wolnego był duży ruch. Ciężarówki, mnóstwo matatu i motorów. Częste patrole policji.

Na wysokości Nakuru zrobiło się gorąco, to nie to co przyjemne rześkie powietrze w Iten. Tu było czuć prawdziwy żar. Na poboczu jezdni pasły się zebry i przechadzały pawiany zbierające resztki jedzenia wyrzucane z aut. Do Nairobi dojechaliśmy w niecałe 5 godzin. Po drodze dzwoniliśmy do znajomego, który po ustalonej cenie zgodził się nas zawieźć do Nanyuki. Umówiliśmy się na skrzyżowaniu, na stacji benzynowej, myśląc, że będzie to charakterystyczny punkt. Pewnie i był, dlatego panował tam ogromny ruch, pełno było wjeżdżających i odjeżdżających matatu, pasażerów. Do tego spaliny i hałas. Znajomy się spóźniał, ja zaczynałam mieć dość i chciałam się już stamtąd wydostać. Yacool dla zabicia czasu wdawał się w „dyskusje o niczym” z miejscowymi. Każdy chciał od nas kasę. Odczepili się dopiero wtedy, gdy yacool zaczął pytać, który z nich zawiezie nas za darmo do Mombassy. W końcu zjawił się Ken. Przeprosił za spóźnienie i jednocześnie oznajmił, że nie może nas zawieźć, bo jego syn się przewrócił i jest teraz w szpitalu na badaniach. Nie wiem czy to prawda, czy dobrze brzmiąca wymówka. Poszedł z nami do miejsca, skąd odjeżdżały matatu do Nanyuki. Tym razem sama wybrałam pojazd, taki, który był już prawie pełen, co dawało większe szanse na rychły odjazd. Ken dał nam kontakt do gościa, który miał nas odebrać na miejscu i zawieźć do hotelu. Ruszyliśmy. Wyjazd z Nairobi był szybki, miejscami sześcio pasmową autostradą w jedną stronę. Ta droga prowadzi na granicę z Etiopią. Potem się zwęziła i jazda była wolniejsza. W tym regionie jest więcej plantacji bananów, w okolicach Iten więcej było pól kukurydzy. W pewnym momencie zaczęło robić się chłodniej, krajobraz zrobił się płaski, w oddali widać było góry. Z horyzontu zniknęły drzewa, dookoła rozciągał się step. W mijanych miejscowościach tętniło życie. Toczy się ono głównie wzdłuż drogi, ciągną się przy niej stragany ze wszystkim. Dojechaliśmy do Nanyuki po 3 godzinach, nieźle zmęczeni. Duncan już na nas czekał i zawiózł nas do hotelu. Okazało się, że to brat Kena i całkiem niezły biegacz. Kilka lat temu był szósty w półmaratonie w Berlinie. Swego czasu trenował razem z Samuelem Wanjiru. Podobno na treningi na zboczach Mount Kenya w roku 2010 i 2012 przyjeżdżał Haile Gebrselassie. Duncan ma do niego telefon w swojej komórce. Ma nam przesłać ich wspólne foty. Uwierzymy jak zobaczymy. Zjedliśmy kolację i idziemy spać. Czuję się skołowana po 11 godzinach podróży. Jutro rowerowy trip u podnóża Mount Kenya.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *