Mount Kenya

  • 11222824_10206547288033439_5427459931560225414_o
  • 11231877_10206547279713231_1639044639191209945_o
  • 12182788_10206547284513351_6202521952356419711_o
  • 12232726_10206547288833459_7734807584293406296_o
  • 12238402_10206547283993338_6247627978895968549_o
  • 12238439_10206547282633304_4902705072178078250_o
  • 12238469_10206547287833434_2087741676020786077_o
  • 12239274_10206547279033214_7516632897054387803_o
  • 12239337_10206547282953312_8348932876558843832_o
  • 12240363_10206547289073465_7011306739434096507_o
  • 12240373_10206547276753157_3184268977161786549_o
  • 12240394_10206547289593478_678887206875357344_o
  • 12240449_10206547283233319_56992965374351155_o
  • 12240968_10206547278433199_7944896409347213957_o
  • 12241027_10206547281993288_5902384598085607647_o
  • 12244258_10206547276873160_9029803084259358287_o
  • 12244328_10206547278113191_6362864539439938425_o
  • 12244334_10206547286073390_4187713856161601371_o
  • 12244436_10206547284993363_4931260331465369998_o
  • 12244809_10206547289153467_3445846603947663317_o
  • 12247796_10206547280313246_1483292824510843222_o
  • 12247880_10206547287793433_4132847048697435621_o
  • 12248113_10206547278593203_6751551584569769131_o
  • 12265568_10206547276593153_1895271981348468818_o
  • 12265946_10206547280833259_7625414133169876204_o

 

Poniedziałek, 09.11

Po śniadaniu przyjechał po nas Duncan. Razem podjechaliśmy do supermarketu po wodę. To był prawdziwy supermarket, pierwszy tego typu w jakim byłam w Kenii. Jak wróciłam na parking, chłopacy kończyli mocować na dachu rowery. Wyglądały na mocno zużyte górale. Podszedł do mnie chłopak oferując na sprzedaż okulary słoneczne. Chciał 7 usd. Za drogo. Chłopak zapytał ile chcę zapłacić, odparłam 3 usd. Przystał na to i nie targował się dłużej. Ten sam po chwili proponował yacolowi paralizator i maczetę.

Dojechaliśmy do miejsca, gdzie miał się zacząć nasz rowerowy trip. Kierowca odjechał, a my wsiedliśmy na rowery. Okazało się, że to zupełne złomy… Jak próbowałam zmniejszyć przerzutkę, to spadł łańcuch. Chłopaki sporo się namęczyli, bo go ponownie założyć. Wczoraj mocno padało i droga była błotnista. Po kilku minutach pomyślałam, że chyba się przeliczyłam z możliwościami. Jechaliśmy cały czas pod górę, jak się potem okazało 9 km, na plecach ciążyły nam plecaki z ciepłymi ciuchami i wodą. Duncan, który w swoim rowerze nie miał w ogóle chyba przerzutek większość drogi prowadził rower. Spoceni dotarliśmy do bramy Parku Narodowego Mount Kenya. Bilet wstępu dla obcokrajowców to 65 usd od osoby. Zapłaciliśmy i jechaliśmy dalej.

Wkrótce pojawiła się tablica informująca, że w tym miejscu przekraczamy równik. Znów byliśmy na półkuli północnej, w obszarze tropikalnego lasu deszczowego. Droga podobna do tej do Morskiego Oka, tyle, że na poboczu pasły się zebry, biegały pawiany, na drzewach skakały czarno białe małpy, a pod kołami mieliśmy kupy bawołów i słoni. Podobno często przekraczają tę drogę. Potwierdzały to ogromne ślady ich stóp. Duncan opowiadał nam o różnych gatunkach drzew i roślin, jedne są jadalne, inne mają działanie lecznicze. Po przejechaniu kolejnych kilkuset metrów zostawiliśmy rowery na poboczu i dalej mieliśmy iść pieszo. Zaczynało robić się naprawdę stromo. Wejście do parku jest na 2650 m.n.p.m., a stacja, do której mieliśmy dojść na poziomie 3300 m.n.p.m., przed nami było 7 km marszu.

Minął nas pickup strażnika parku, zatrzymał się i zaproponował podwiezienie. Chętnie skorzystaliśmy. Dowiózł nas niemal do stacji, gdzie jest schronisko. Stąd zaczyna się atak na szczyt góry. Niestety pogoda była coraz gorsza, wszystko było we mgle, zero widoczności. To była najdroższa mgła za jaką przyszło nam zapłacić. Do tego nagle zaczęło lać. Schowaliśmy się w schronisku, byliśmy jedynymi turystami. Duncan poszedł załatwić nam gorącą herbatę. Jest tu dobrze znany. Jako przewodnik posiada już srebrną odznakę. Mimo młodego wieku, ma dopiero 25 lat, podobno był już 21 razy na szczycie Kilimandżaro i 60 razy na Mount Kenya. Mówił, że czasami wchodzi tu nawet dwa razy w tygodniu. Padało przez dwie godziny, zrobiło się naprawdę zimno. Duncan twierdził, że zaraz deszcz się skończy i wyjdzie słońce. Jakoś nie chciało mi się w to wierzyć. Ale faktycznie miał rację. Przejaśniło się, chmury zaczęły się podnosić.

Poszliśmy na punkt widokowy, z którego z każdą chwilą był coraz lepszy widok. Czekaliśmy ponad godzinę z nadzieją, że dojrzymy szczyt góry. Niestety nie tym razem. Przez moment widzieliśmy go wczoraj z jadącego matatu. Ostry, częściowo pokryty śniegiem. Może jutro przed wyjazdem jeszcze się uda. Podobno z tego poziomu wejście na szczyt zajmuje średnio 6 godzin, zejście nawet 2 godziny. Ze szczytu przy dobrej pogodzie widać Mombassę i Kilimandżaro. Jak przyjedziemy tu następnym razem w porze suchej, to zaatakujemy wejście. Zaczynało się znowu chmurzyć, rozpoczęliśmy schodzenie. Musieliśmy strofować Duncana, który jak dziecko zaczynał się wyraźnie nudzić. Dzwonił gdzieś, gadał głośno, rzucał patykami. W takich warunkach, to w życiu nie zobaczymy tu żadnych zwierząt. Dostał od nas reprymendę, chyba się przejął, bo przestał klapać butami i jak coś mówił to takim szeptem, że nic nie słyszałam. Doszliśmy do miejsca, gdzie zostawiliśmy rowery. Teraz miał być szybki zjazd w dół. Nie dość, że był szybki to wręcz zabójczy, bo okazało się, że rowery w zasadzie nie mają hamulców! Yacool się wkurzył. Kazał wziąć Duncanowi rower, na którym jechał, a sam wziął jego, który wydawało się, że lepiej hamuje. Opieprzył chłopaka, że nie tak powinny być przygotowane sprzęty. Duncan był mocno zdziwiony i nie rozumiał o co chodzi Jackowi. Po zamianie rowerów, yacool nadal pędził na dół jak torpeda, a Duncan hamował ze spokojem. Okazało się, że hamulce działają o ile waży się w granicach 50 kg. Ja i Duncan spełnialiśmy ten warunek, yacool nie. Oj dostało się dziś Duncanowi. Jeszcze po odwiezieniu do hotelu przepraszał nas i przyznał rację. W hotelu zjedliśmy kupione banany i awokado, które są tu genialne. Dobrze, że mamy łazienkę i mimo że prymitywny to jednak prysznic i ciepłą wodę. Jutro rano idziemy na równik robić doświadczenia z siłą Coriolisa. Potem przejazd do Nairobi, safari i wylot. To będzie nasz ostatni dzień w Kenii.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *