Tanzańska pani z wiecznym fochem

  • 23722294_10212518661434042_6452906668565788635_n
  • 23754744_10212518665154135_6429264719237480277_n
  • IMG_20171118_181912
  • IMG_20171118_131733
  • IMG_20171118_182238
  • IMG_20171118_182838
  • IMG_20171118_184344
  • IMG_20171118_184411
  • 19748923_10212518661954055_8482284030481979167_n
  • 23561349_10212518661714049_235442534409525261_n
  • 23561430_10212518662794076_7425991013182546885_n
  • 23561453_10212518665434142_1114242552819975328_n
  • 23621280_10212518664034107_3940527722604154568_n
  • 23621400_10212518663394091_2364886091526516083_n
  • 23621522_10212518661154035_2365302146881760472_n
  • 23622356_10212518668754225_2029409125627927221_n
  • 23622473_10212518662234062_1502373685736982889_n
  • 23659178_10212518668994231_4921835803792486741_n
  • 23659285_10212518664474118_1802236417814118166_n

 

Pobudka przed 6 rano i spacer, by zobaczyć Kilimandżaro o poranku. Długo szukaliśmy miejsca, by zrobić zdjęcie bez drutów energetycznych. Góra była dobrze widoczna, choć w wieczornym słońcu bardziej nam się wczoraj podobała, śnieg bardziej się odróżniał na szczycie. Potem wróciliśmy do naszego hotelu na śniadanie. W restauracji nie było nikogo, krzesła postawione na stołach do góry nogami. Dwie dziewczyny zamiatały rózgami obejście. Jedna z nich na moją prośbę zaprowadziła mnie do recepcji. Tam, z mega fochem przywitała mnie wczorajsza dziewczyna. Chyba ją oderwałam od porannej toalety, bo miała w ręku szczoteczkę i pastę do zębów. Zapytałam grzecznie czy możemy prosić o śniadanie i że chcielibyśmy sok, sałatkę owocową i czarną herbatę. Nie patrząc mi w oczy odparła, że na śniadanie jest herbata i jajko. Powiedziałam, że nie chcę jajek, tylko owoce. “Nie ma”. Jak to nie ma? Nie ma owoców w Tanzanii? Nie. Poddałam się. Kazała nam czekać w pokoju. Po kwadransie przyniosła do pokoju termos z wodą i dwie saszetki z kawą… Dla nich czarna herbata to kawa. Wrrr … Znowu musiałam jej szukać i prosić o zmianę. Jajek się nie doczekaliśmy, ale to nawet i lepiej. Za duży upał na jajka. Herbatę wypiliśmy na łóżku, w pokoju brak krzesła czy stolika.

O 8 zgodnie z umową zjawił się Nelson. Poszliśmy na chwilę przywitać się z naszym biegowym teamem. Potem pojechaliśmy trójkołowym autkiem, tutejsze taxi boda boda na lotnisko Kilimandżaro. Tam miała się odbyć konferencja przedbiegowa. Czekaliśmy do południa, aż się wszyscy zbiorą. Poznaliśmy wielu tanzańskich coachów, wśród nich wciąż aktualnego rekordzistę Tanzanii na 10.000 m i byłego rekordzistę świata na tym dystansie z 1984 roku, Zakariah Barie. Bardzo dobrze znał Kipchoge Keino, kojarzył też naszego rekordzistę Bronka Malinowskiego.

Konferencja bardziej przypominała odprawę techniczną osób obsługujących jutrzejszy bieg. Do tego odbywała się w suahili więc nic nie rozumieliśmy. Później pojechaliśmy do Moshi, miasteczka u stóp Kilimandżaro. Musieliśmy kupić kartę SD do aparatu. Okazało się, że yacool czyścił jeszcze w domu w Poznaniu kartę i nie włożył jej ponownie do aparatu… Przy okazji zarejestrowaliśmy Meshacka na bieg. No to yacool wystawi jutro swojego pierwszego zawodnika w maratonie. Start o 6 rano. Trzymajcie kciuki!

Na obiad wciągnęliśmy pyszną tilapię z Jeziora Wiktorii. Pijemy soki z mango i marakui. Pyszne! Powoli będziemy wracać do naszej miejscowości Boma Ngone, bo za godzinę będzie ciemno. To dopiero nasz piąty dzień w Afryce, a czuję jakbym tu już była miesiąc.

P.s. yacool prowadzi właśnie rozmowę zagraniczną z coachem z Nowego Jorku. Czyżby szykowała się kolejna podróż…?

P.s. Niektórzy prosili o zdjęcia zwierząt z Afryki, w załączeniu.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *