Zmiany…

  • 23472198_10212486453788871_136386589630312586_n
  • 23472278_10212486452308834_4972330325739084510_n
  • 23473050_10212486452068828_1146897172262864415_n
  • 23473256_10212486453988876_5492983985015800348_n
  • 23517442_10212486453348860_8573966144695306877_n
  • 23517481_10212486452588841_1133784365096478426_n
  • 23519045_10212486451788821_933921351883538592_n
  • 23561292_10212486453068853_3878620071517991396_n
  • 23561298_10212486452908849_3801153817736608691_n
  • 23472429_10212489669789269_8983855248599356253_n

 

Jesteśmy w Eldoret. Teraz musimy znaleźć jakiś transport do Iten. Za dużo taxi to tu nie ma… Lecieliśmy małym śmigłowym samolotem. Trzeszczał okrutnie… Niestety pogoda kiepska, poza chmurami nie było nic widać. Jesteśmy zupełnie przestawieni, bo w ciągu ostatnich dwóch nocy koczowaliśmy na lotniskach, a drzemaliśmy w czasie dziennych lotów. Marzę o prysznicu i kołdrze…

Od samego początku, jak tylko wylądowaliśmy w Nairobi towarzyszy mi dziwne uczucie, że jestem u siebie.

Jedziemy taxi z lotniska do centrum Eldoret. Prowadzi młody chłopak, yacool próbuje go zagadywać, ale Joseph jest zupełnie skoncentrowany na drodze. To chyba pierwsza rzecz, która mnie zaskoczyła, jego bezpieczna jazda, wolna, ostrożna, z użyciem kierunkowskazów i bez włączonego radia. Ta cisza najbardziej nas dziwi. Bo nie dziwi już widok bałaganu dookoła, blaszaków, kóz i owiec chodzących luzem po ulicy, wyprzedzania na czwartego poboczem, totalnej “wolnej amerykanki” na jednym z głównych skrzyżowań Eldoret, mężczyzn siedzących bezczynnie przy drodze…

Ale co mnie jeszcze zdziwiło poza wspomnianym wzorowym kierowcą? Luzem chodzące ulicą świnie, wyższa cena i jakość usług za matatu z Eldoret do Iten (do tej pory było to 100 ksh/os (1 usd) i jazda z dwukrotnie większą ilością osób niż producent auta przewidział, plus zatrzymywanie matatu i zgarnianie/wysadzanie pasażerów co 200 metrów, co zawsze strasznie przedłużało podróż. Dziś jazda w pełnym komforcie, bez postojów, szybko, sprawnie, bez ryczącej muzyki kalenjin i kozła za plecami. Poza tym zupełnie rozmokła i śliska, że iść ledwo się dało droga do naszego hotelu już w Iten. Jak tu biegać? Wszędzie mega błoto. Wkrótce powstanie tu podobno droga asfaltowa. Jest już przygotowana wstępnie tablica, którą z tej okazji odsłoni prezydent i znak spowalniający prędkość!
Afryka się zmienia, Iten się zmienia, komu zależy na zasmakowaniu autentycznego klimatu powinien się pospieszyć z przyjazdem tu…

Po drodze wpadamy na znajomą kelnerkę z hotelu, Lucy. Bierze od nas jeden plecak i prowadzi do hotelu opowiadając dumnie o postępie.  W recepcji wita nas siostra Kipsanga, Thyline. Hotel jest pusty, dostajemy nasz pokój. Lustra w łazience nadal brak, straszy tylko brązowy klej w miejscu, gdzie kiedyś wisiało. No, ale to dopiero trzy lata jak spadło, nie wszystkie zmiany widać zachodzą tak szybko.

No to się porobiło… Po południu spotkaliśmy się z Meshackiem i jeszcze dwoma znajomymi biegaczami. Zaprosiliśmy ich na obiad do miejscowej restauracji. Wszyscy się najedliśmy chapati z sukumą, zapiliśmy herbatą z mlekiem za 5usd total. Podczas rozmowy okazało się, że w niedzielę jest organizowany w Tanzanii maraton i półmaraton, w Kilimandżaro, pierwsza edycja. Chłopaki chcą na niego jechać, jeśli do czwartku skombinują gdzieś kasę, 20 EUR/os. na opłatę startową i drugie tyle na transport i noclegi. Sporo jak na ich możliwości. Spodobał nam się pomysł towarzyszenia im, chociaż w głowach jeszcze nam huczy dopiero co zakończona podróż. Jeden z biegaczy podał mi namiar na chłopaka w Tanzanii, który pracuje przy organizacji tego biegu i zaczęłam dziś z nim korespondować. Chłopak oprócz tego biegu ma pomysły na kolejne ciekawe projekty. Chętnie zaangażował się w logistyczną pomoc nam w tej wyprawie. Zainteresował się też naszym doświadczeniem, łącznie z tym, że chciał nas już umawiać na spotkanie w ministerstwie sportu Tanzanii w Dar er Salaam. Zależy mu na promocji tego biegu, a także turystycznej promocji Tanzanii. W niedzielę spodziewa się 1500 biegaczy z 10 krajów. Musimy do jutra przemyśleć ten wyjazd, bo wyprawy do Tanzanii w tym roku nie planowaliśmy i nie ujmowaliśmy w budżecie… Do tego nie wiem czy chłopakom uda się zebrać kasę na ten trip i czy oni w ogóle pojadą. Jako bieg towarzyszący jest też start na 5 km. Mhm, w Tanzanii jeszcze nie biegałam…

P.s. Odwiedziliśmy dziś kilkumiesięczną córkę znajomego biegacza z Polski, Marcina, mała Jebet jest urocza.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *