Kirgistan – Bishkek
Bishkek ma swój urok. Postsowiecka zabudowa, place, pomniki, gmachy, ale mimo to nie jest przytłaczający. Jest swojski. I zakorkowany, czego wczoraj doświadczyliśmy. Dużą robotę robią góry, które nad nim górują. Wystarczy wyjechać niecałą godzinę za miasto, by znaleźć się na szlaku.
My w ramach pierwszego trekkingu pojechaliśmy do Parku Narodowego Ala Archa. Duże parkingi rano były prawie puste. Po przekroczeniu bramy parku podjechaliśmy elektrycznym busem ok 700 m w górę, na wysokość ok 2100 m n.p.m. Na starcie znajduje się dolna stacja kolejki linowej, nowość w Kirgistanie i jedyna w kraju. Chcieliśmy wjechać, ale ze względu na wiatr nie kursowała. Ruszyliśmy więc pieszo pod górę. Naszym celem był wodospad Aksay. Początkowo trasa prowadziła szeroką szutrową drogą. Droga przygotowana dla aut i sprzętu budowlanego, przy końcowej stacji kolejki znajduje się także nowo wybudowany hotel. Eleganckie domki z pięknym widokiem na góry. Jak ukończą inwestycję będzie tu bardzo tłoczno…
Od tego momentu droga zamieniła się w węższą ścieżkę, cały czas towarzyszył nam szum rzeki w dole. Trafiłyśmy z pogodą, słońce, trochę chmur, idealnie na trekking. Szlak jest dość łagodny, przekroczyłyśmy dwa nieduże strumienie, dopiero końcówka, ostatnie 300m było strome i wyraźnie bardziej wymagające ze względu na wysokość. Końcowym punktem był wodospad Aksay. Mimo nieduże ilości wody o tej porze roku ładny. Zegarek wskazał niecałe 2800 m n.p.m. Odpoczęliśmy na dużych kamieniach i ruszyliśmy na dół. Kolejka linowa ruszyła więc ostatni kawałek pokonaliśmy w wagoniku. Podziwiałyśmy naszego guida Daniela, który cały dystans pokonał w klapkach.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na pstrąga. Ryby były pyszne, prosto z łowiska. Do tego zamówiłyśmy pieczone bakłażany, są absolutnie genialne i pomidory. Kolejny raz przekonałyśmy się, że musimy zamawiać jeszcze mniej, dania są tu spore. Zamawiamy kilka rzeczy i dzielimy się jedzeniem, by poznać więcej lokalnych smaków.
Do hotelu wracaliśmy w korkach. Ale prawdziwy zastój miasta był pod wieczór około 18. Mieliśmy podjechać do centrum na spacer po mieście. W połowie drogi wysiedliśmy z busa, bo nie wiem ile czasu zajęłoby nam przejechanie kolejnych 2km. Przeszliśmy się po centrum, przez parki, place, oglądając z bliska gmachy meczetu, teatru, biblioteki, pomniki bohaterów. Na głównym placu góruje na koniu postać legendarnego Manasa, dzielnego wojownika, który zjednoczył 40 dawnych plemion w jeden kirgiski naród. Po upadku ZSRR w 1991 r. Kirgistan szuka swojej tożsamości i wraca do dawnych bohaterów. Nadrabiamy zaległości szkolne. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek uczyła się o kolonializmie w Azji Centralnej, a dokładnie tym właśnie był ZSRR. Dużo analogii do Afryki tu odnajduję.












