Przyjazd grupy

  • IMG_20190112_064634
  • IMG_20190112_141519
  • IMG_20190112_075910
  • IMG_20190112_082543
  • IMG_20190112_082727
  • IMG_20190112_141747
  • IMG_20190112_141638
  • IMG_20190112_111538_HDR
  • IMG_20190112_111849_HDR
  • IMG-20190113-WA0004
  • IMG-20190113-WA0002
  • IMG_20190112_133310_HDR
  • IMG_20190112_135018
  • IMG_20190112_135235
  • IMG_20190112_151632
  • IMG_20190112_164441
  • IMG-20190113-WA0005

 

11.01

Na lotnisko w Eldoret pojechaliśmy matatu. Poszło całkiem sprawnie. Przed lotniskiem trafiliśmy na duży plakat z Kipchoge mówiący o jego rekordzie świata w maratonie. Wynik co prawda zawyżony o sekundę, ale wizytówka dla przylatujących tu jest. Na miejscu nie mogliśmy odnaleźć info o naszym locie na tablicy informacyjnej. Podeszłam do obsługi linii 540, pokazując bilet w komórce i spytałam, gdzie jest nasz lot. Okazało się, że został odwołany, a my przeniesieni na kolejny o 20:30. Faktycznie dostałam rano na maila bilet elektroniczny, ale ponieważ miałam wydrukowane bilety, to nawet się w niego nie wczytywałam. Błąd i nauczka na przyszłość. Zaczęliśmy się trochę denerwować czy i tego lotu nie odwołają i że grupa po przylocie będzie się stresować, że nas nie ma. Kamil z 7 kontynentów szybko powysyłał wszystkim smsy, uprzedzając o naszym spóźnieniu w nadziei, że po przylocie włączą komórki i odbiorą wiadomość. Ostatecznie byliśmy równo z nimi. Druga ekipa chłopaków z Gdańska miała być za pół godziny. Poszliśmy usiąść do knajpy na herbatę i poczekać na nich. Z Iten wieźliśmy dla nich chapati i mandazi. Bardzo im smakowało. Gdańsk doleciał i wspólnie z Kenem, naszym przewodnikiem po Nairobi, pojechaliśmy na nocleg. Wypiliśmy jeszcze po harbacie i poszliśmy spać. Wszyscy byli zmęczeni po podróży.

12.01

Pobudka o 5:30. Szybka herbata i o 6 był po nas Ken. Od rana chcieliśmy jechać na safari do Nairobi National Park. Safari bardzo się udało! Nasz kierowca kontaktował się z innymi przewodnikami, którzy byli na terenie parku i dzięki temu wiedział, gdzie podjechać, byśmy mogli zobaczyć jego największe atrakcje. Były lwy, leniwie patrzące na pasące się w pobliżu stado antylop, nosorożce, bawoły, żyrafy. Na brzegu sadzawki wygrzewał się krokodyl i przechadzały obrzydliwie brzydkie marabuty.

Po safari pojechaliśmy jeszcze do sierocińca słoni. W tym czasie było ich karmienie. Małe słoniki pędziły do swych opiekunów, którzy karmili je wielkimi butelkami. Jeden z pracowników opowiadał smutną historię każdego z nich. Trafiają tu zwierzaki ranne, których matki giną często z rąk kłusowników. Słoniki pozostawione bez matki są bezradne do drugiego roku życia. Tu są odkarmiane i potem wywożone z powrotem do różnych parków narodowych.

Na koniec udaliśmy się do centrum żyraf. Byliśmy tu z yacoolem kilka lat temu. Byliśmy ciekawi, czy nadal spotkamy chętnego do rozdawania całusów Edka. Był. Tak jak kiedyś otwarty na nowe znajomości i było wesoło.

Ken zawiózł nas na parking, na którym czekał już nasz kierowca i jego matatu, którym mieliśmy pojechać do Iten. Droga była długa, po drodze zatrzymaliśmy się na kilka fotek na punkcie widokowym. Od razu otoczyli nas sprzedawcy z okolicznych budek z pamiątkami. Robert skusił się na mały suwenir i ruszyliśmy dalej. Po 10 minutach jazdy Robert z przerażeniem stwierdził, że nie ma swojej komórki. Zaczął jej nerwowo szukać. Poprosiliśmy kierowcę, by zawrócił. Ja próbowałam się do Roberta dodzwonić z mojego telefonu. Udało się i ktoś odebrał. Nie bardzo mogłam porozumieć z tym mężczyzną, ale przynajmniej wiedzieliśmy, że ma telefon Roberta. Na szczęście nie odjechaliśmy daleko. Okazało się, że telefon musiał mu wypaść. Leżał na trawie i gdy ja zaczęłam dzwonić, ktoś go usłyszał. Robert dał napiwek uczciwemu znalazcy i ruszyliśmy dalej.

Zatrzymaliśmy się jeszcze w Nakuru na obiad. Byliśmy w połowie drogi. Każdy zamówił sobie coś kenijskiego, lokalnego. Ekipa najedzona i zadowolona. Po ciemku już, ale mimo wszystko zatrzymaliśmy się przy znaku oznaczającym przekroczenie równika. Szybka fotka i do domu. W Iten byliśmy ok 23. Alex czekał na nas z gorącą, gorzką herbatą. Pogadaliśmy chwilę i część poszła spać.

Kilka osób miało ochotę się jeszcze przejść i rozprostować nogi po podróży. Poszłam z Anią, Antkiem i Michałem do Keellu na dyskotekę. Sala była wypełniona po brzegi tańczącymi, buchało z niej gorąco. Z trudem przecisnęliśmy się do baru i zamówiliśmy po piwie. Spotkałam kilka znajomych osób z obsługi, wszyscy się cieszyli, że do nich zajrzeliśmy. Wypiliśmy po piwie, potańczyliśmy trochę w rytm kenijskich rytmów. Nasza ekipa była mocno zszokowana tutejszymi tańcami. Pogadaliśmy z kilkoma Kenijczykami i wróciliśmy w dobrych humorach do domu.

To były szalone dwa dni. Czas wrócić do iteńskiego spokojnego rytmu.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *