Spacer po Iten

  • 11227914_10206437365645448_3729496077771819337_o
  • 11230043_10206437355605197_2766160802712089986_o
  • 12022466_10206437354925180_5117747063372533884_o
  • 12034394_10206437399726300_4851834309696187085_o
  • 12045727_10206437359605297_764304686129731550_o
  • 12182610_10206437349125035_8243982438727919955_o
  • 12182765_10206437353365141_368860772580329920_o
  • 12183695_10206437358805277_2394791502491162313_o

 

Piątek, 23 października 2015

Wczoraj po południu, zgodnie z zapowiedzią, przyszedł do nas jeden z chłopaków z teamu Wilsona, Reuben, na przeróbkę butów. Przyniósł też ze sobą narzędzia potrzebne do tuningu: nóż i pożyczone kombinerki. Był bardzo zadowolony z uzyskanego efektu. Przeróbce poddał swoje Adidasy Glide, które mają niewygodne sztywne plastiki wklejone w podeszwy. Też biegam w tym modelu, po przeróbce yacoola stały się moimi najlepszymi butami. Dziś miał je przetestować na treningu – czekamy na relację.

Wieczorem znowu była głośna muza. Rano zapytałam w recepcji dziewczynę, do której trwała zabawa i czy tu się codziennie urządzą dyskoteki. Odparła, że impreza trwała do 4 i że tak, codziennie jest dyskoteka, ale przecież to jest “nice”. Jesteśmy innego zdania, no ale cóż może musimy jeszcze bardziej wyluzować. Wieczorem i w nocy znowu była przelotna ulewa. Tu chyba to jest normalne. Na chwilę wysiadł prąd i przez moment mogliśmy poczuć się jak w prawdziwej Afryce, zupełne ciemności i cisza. Ale obsługa szybko włączyła korki…

Dziś od rana pochmurnie i bardzo mgliście. Poszliśmy pobiegać po okolicy. Delikatna mżawka przerodziła się w konkretny deszcz. Drogi od razu namokły, porobiły się na nich strumienie czerwonej wody. Do butów przyklejała się gliną, także miało się uczucie biegania z obciążeniem i to całkiem sporym. Największy deszcz przeczekaliśmy pod blaszanym daszkiem. Coraz lepiej idzie nam bieganie po tych pagórkach i na tej wysokości. Mijamy miejscowych z radosnym powitaniem “jumbo!”, sprawia im to przyjemność. Rano dzieci wędrują do szkół, których jest tu kilka. Maluchy około 4 letnie. Jedne ubrane w mundurki: sweterki z logo szkoły, podkolanówki, inne w kurtki i kalosze. Jedne patrzą na nas niepewnie, inne same pierwsze wołają: Good morning! How are you? Niektóre nie czekają na naszą odpowiedź i jednym ciągiem recytują: Good morning! How are you? I’m fine.

 

Do tej pory w Iten widzieliśmy jednego psa, małego kundelka. Kotów chwilowo brak. Tu na spacer wychodzi się z krową lub owcą. Po śniadaniu pójdziemy pokręcić się po Iten, może odwiedzimy chłopaków. Jest cały czas pochmurnie, może to i dobrze twarze nam odpoczną od słońca.

Jest 19, za oknem ciemno zupełnie. Czas iść spać, zwłaszcza że jutro jedziemy z Wilsonem i jego bandą na długie wybieganie. Startujemy o 5:30, my tym razem jedziemy autem.
Wilson jest zafascynowany swoją dyskoteka i byciem dj’em. Jacek wpadł na pomysł, by jutrzejszy trening urządzić przy muzyce. Wilson podłapał temat i od razu zgrał sobie ulubione kawałki na pendrive. Zobaczymy jak to wyjdzie. W planie 25 km biegu w tempie po 3:15-3:20/km. To ostatni taki trening Kipsanga przed startem w NY. Wyjeżdża tam w niedzielę rano. Wilson stał dziś znów za konsolą, tym razem nie w kapeluszu, a w czapeczce baseballowej w barwach Kenii. Jackowi spodobała się i wymienił się z Wilsonem za swoją adidasa. Nie wziął tylko pod uwagę, że ma większą głowę od Kipsanga… i to znacznie…

Dziś w południe Jacek odpoczywał, a ja wykorzystałam okazję, że się przejaśniło i poszłam na spacer po okolicy. Przeszłam przez całe Iten. Nasz hotel znajduje się kilkadziesiąt metrów przed wjazdem do miasteczka. Przez Iten prowadzi jedna główna droga asfaltowa i czerwone odnogi. Tu jest spokojnie i przyjemnie, im bliżej “centrum” tym większy ruch i harmider. Po obu stronach drogi ciągi sklepików i różnych mini warsztatów usługowych. Korciło mnie od dawna, żeby zrobić sobie takie warkoczyki jak noszą tutejsze dziewczyny więc zaszłam do małego blaszaka z napisem “hair and cosmetic salon”. Siedzące tam dwie panie nie mówiły po angielsku, na migi wyjaśniłam o co mi chodzi, ale stwierdziły, że z moich włosów się nie da nic zrobić. Jak wyszłam głośno się śmiały.

Idąc ulica co chwila ktoś trąbił, kierowcy aut, matatu i motocykliści. Trudno się domyśleć czy to pozdrowienie, zaczepka czy ostrzeżenie.

Doszłam do końca miasteczka i znalazłam tabliczkę z napisem “point view”. Po drodze spotkałam kilku tubylców, zapytałam czy mogę tam pójść. Widziałam wielkie głazy, które wcześniej widzieliśmy z Jackiem z innego punktu widokowego. Jeden z chłopaków zaproponował, że mnie tam zaprowadzi. Po drodze opowiadał mi wiele, ale ja niewiele rozumiałam z jego angielskiego. Na kamieniach wylegiwały się góralki, podobne do świstaków, które na nasz widok rozpierzchły się. Widok z tych głazów był fantastyczny. Okazało się, że to co widzimy w dole to jest jakby półka i na jej skraju dopiero stojąc widzi się całe Rift Valley. Chcemy tam nisko zjechać któregoś razu. Dziś poznałam chłopaka, który był chętny pożyczyć nam swój motocykl. Za niewielką opłatą. Facet od widoków na koniec chciał kasę, za swoje opowieści. Pół dolara załatwiło sprawę.

Wracając zaszłam na miejscowy ryneczek, szukałam tych czerwonych bananów, nie znalazłam, za to kupiłam 2 duże, słodziutkie jak mnie zapewniała sprzedawczyni, mango, po ok 1 zł za szt. Jutro sprawdzę. Po drodze zaczepił mnie też chłopak, który trenował z Mo Farahem. Opowiedział swoją historię, szuka jak wielu innych kogoś kto go wesprze finansowo i pomoże w sportowym rozwoju.

Wróciłam do hotelu po 2 godzinach nieźle padnięta. A tam niespodzianka, był u nas Daniel, chłopak który odebrał nas w Eldoret z dworca autobusowego i załatwił przejazd do Iten. Wpadł z wizytą. Jacek go zadręczał swoimi filmikami z techniki biegu. Haha. Kenijczycy są jak dzieci, z reguły takie oglądanie każdego z nich nudziło po 10 min. Daniel był dzielny, Jacek mówi, że się co prawda pokładał, ale wytrzymał 1,5 godziny! Po wyjściu Daniela, który musiał już wracać do swojego miasta, Kapsabet, poszliśmy na drugi tego dnia trening. Umówiliśmy się z kilkoma biegaczami na trening koordynacyjny. Tyle, że yacool napisał im, że zaprasza ich na meeting. W związku z tym wszyscy przyszli ładnie ubrani, spodnie jeansowe lub od garnituru, koszule z kołnierzykiem. Yacoolowi to nie przeszkadzało i urządził im sesje koordynacyjną. Ciężko im szło, maja takie same braki jak my. Jedni łapią szybciej inni wolniej. Zobaczymy, dziś była pierwszą lekcja, kolejna w niedzielę.

Niedawno wróciliśmy z obiadokolacji. Fundnęliśmy sobie ugali z wołowiną, warzywami i zieleniną. Było pyszne! Potem we wspomnianej dyskotece Wilson postawił nam piwo. Dzień mimo deszczowej pogody był bardzo udany.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *