Malta w styczniu – dzień 2

 

Noclegi mieliśmy zabookowane w Valetcie, ale w ostatniej chwili zmieniłam hotel na inny, na odludziu, pośrodku niczego. Zdecydowanie lubię budzić się i widzieć otwartą przestrzeń przed sobą.
Zaraz po wyjściu z naszego hoteliku zaczynał się szlak wzdłuż klifów. Patrząc wcześniej na googla myślałam, że da się nim pobiegać, ale okazał się dość kamienisty. Na brak ruchu i tak nie narzekamy więc obędziemy się bez biegania. Szliśmy wzdłuż klifowego wybrzeża, po drugiej stronie mieliśmy zbocza z wydrążonymi jaskiniami. Mijaliśmy kilka osób z psami, lokalsów, nie turystów. Przy brzegu morza ktoś łowił ryby. Nagle usłyszeliśmy jakieś huki. W pierwszej chwili pomyślałam, że to głaz oderwał się od skał. Potem, że to może huki wystrzałów armatnich z Valetty. Okazało się jednak, że ktoś polował, prawdopodobnie nielegalnie, na króliki lub ptaki. Towarzyszył mu pies. Zawróciliśmy, by nie dostać niechcący rykoszetem…
Podeszliśmy jeszcze pod jedną z jaskiń. Widoki cudne, mogłabym sobie takie zdjęcie oprawić w ramkę, albo zrobić z niego fototapetę.
Podjechaliśmy kawałek autem w głąb wyspy. Ruszyliśmy na szlak w górnej części gór, które wcześniej oglądaliśmy z dołu. Słabo to wszystko jest tu oznaczone. W trawie leżała tabliczka informująca o szlaku i ptakach, które można tu wypatrywać. Ale na dobrą sprawę trudno było wywnioskować czy leżała tam celowo czy ktoś ją tam wyrzucił. Doszliśmy od góry do namiotów, pod którymi są zabezpieczone megalityczne świątynie, które wczoraj zwiedziliśmy.
Potem pojechaliśmy do Blue Groto, skąd odpływają łodzie do jaskiń. Łodzie dziś nie kursowały, ale i tak nie rejs był naszym celem. Chcieliśmy znaleźć z okolicznych skałach ślad wiercenia w kształcie pięciolistnej koniczynki. I znaleźliśmy 🙂
Wypiliśmy kawę z widokiem na morze i ruszyliśmy w kierunku piaszczystych plaż na zachodzie wyspy. Są tam trzy ładne zatoczki, w jednej z nich byliśmy kilka lat temu. Posiedzieliśmy chwilę na plaży, wszędzie polscy turyści. Ewidentnie o tej porze roku Malta jest przez nas opanowana. Niektórzy nawet się kąpali. Dla mnie woda zdecydowanie za zimna. Poszliśmy do jednej z twierdzy, które są pobudowane wzdłuż całej wyspy. Dawniej stanowiły punkty obserwacyjne i ostrzegawcze przed zbliżającymi się statkami wrogów. Dziś wewnątrz mocno zaniedbane, bardziej przypominały melinę niż atrakcję turystyczną (przynajmniej ta, do której zajrzałam…).
Wracając do naszej bazy jechaliśmy przez środek wyspy. Z dala widać było wzgórze, a na nim jakby pozostałości olbrzymiej twierdzy. Oczywiście musieliśmy sprawdzić co to za budowla, zwłaszcza że podejrzewaliśmy, że będzie stamtąd super widok. Teren był ogrodzony, zamknięty i mocno zapuszczony. Była tabliczka „Victoria Lines trail”. Druga z nazwą fortu i kilkoma informacjami o tych formacjach.
Na północno-zachodniej Malcie Brytyjczycy zbudowali pod koniec XIX w. trzy forty: Bingemma, Madliena i Mosta, jako część systemu obronnego – Victoria Lines. Były użytkowane krótko – od lat 80. XIX w. do początku XX w., po czym szybko uznano je za przestarzałe i bezużyteczne. Forty zbudowano z myślą o lądowym ataku, którego ostatecznie nigdy nie było. Tymczasem rozwój artylerii dalekiego zasięgu i marynarki wojennej sprawił, że obrona Malty przeniosła się na wybrzeża i porty, a nie na wnętrze wyspy.
To mogłaby być ciekawa atrakcja turystyczna, z super widokami. No ale stoi opuszczona. Nawet rodowity Maltańczyk, właściciel naszego hotelu pierwszy raz usłyszał od nas o tym miejscu 😆
Po zachodzie słońca z przyjemnością wróciliśmy do naszej cichej zatoczki. Choć w sezonie z pewnością nie jest tu tak spokojnie…

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i Google Politykę Prywatności oraz obowiązują Warunki Korzystania z Usługi.

HTML Snippets Powered By : XYZScripts.com