Gdzie te kumkwaty?

  • Corfu - The Island of Achilles
  • IMG_20180427_122343_HDR
  • IMG_20180427_123517_HDR
  • IMG_20180427_124303_HDR
  • IMG_20180427_134352
  • IMG_20180427_143523_HDR
  • IMG_20180427_143826_HDR
  • IMG_20180427_150039_HDR
  • IMG_20180427_150124
  • IMG_20180427_155336_HDR
  • IMG_20180427_155524_HDR
  • IMG_20180427_155543_HDR
  • IMG_20180427_155703_HDR
  • IMG_20180427_161244_HDR
  • IMG_20180427_162049_HDR
  • IMG_20180427_162104_HDR
  • IMG_20180427_162228_HDR
  • IMG_20180427_162329
  • IMG_20180427_162511_HDR
  • IMG_20180427_162546_HDR
  • IMG_20180427_163312_HDR
  • IMG_20180427_165845
  • IMG_20180427_165915_HDR
  • IMG_20180427_185251_HDR
  • IMG_20180427_185323_HDR
  • IMG_20180427_202140_HDR
  • IMG_20180428_100502_HDR
  • Korfu - wyspa Achillesa

 

Rano poszłam z Martyną do sklepu po bułki i ostatnie pamiątkowe drobiazgi. Szukałyśmy głównie świeżych owoców kumkwatów, które podobno są tak słynne na wyspie. Szczerze mówiąc poza pojedynczymi małymi drzewkami nigdzie nie widzieliśmy większych plantacji, a zjechaliśmy duży kawałek wyspy wszerz i wzdłuż. Skąd w takim razie je biorą? W jednym ze sklepów właściciel powiedział mi, że nie opłaca się im sprzedawać świeżych owoców, bo te są bardzo tanie. Lepiej jest robić z nich przetwory, dżemy, wtedy gotowe produkty mają wyższą cenę. W sklepach głównie można kupić kandyzowane owoce kumkwata w słodkich zalewach. Ale to już nie to samo. Świeży owoc jest wielkości śliwki węgierki, ma skórkę o fakturze pomarańczy, pestki jak cytryna, a w smaku jest pomarańczowy z nutką cytrynowego kwasu. Chciałyśmy przywieźć je do Polski, ale niestety nigdzie, w żadnym większym czy mniejszym sklepie nie udało się już ich znaleźć. Sklepikarze potrafią mówić parę słów po polsku – do widzenia, dziękuję. Mówią, że w sezonie sporo jest tu Polaków. My natrafiliśmy raptem na kilka osób, w tym dwóch młodych chłopaków, nieźle podchmielonych, idących o 9 rano z puszką piwa i głośno się kłócących na plażę. Masakra. Kolejny plus, że byliśmy tu przed sezonem.
Sprzedająca w sklepiku Greczynka wspomniała, że trudno jest się jej wydostać z wyspy. Nie ma stąd tanich połączeń poza sezonem letnim. W wakacje pracuje i zarabia, a gdy zimą chce gdzieś lecieć, to musi najpierw dolecieć do Aten i dopiero stamtąd szukać innych połączeń, co znacznie przedraża podróż.

Śniadanie zjedliśmy na naszym słonecznym tarasie. Dziś dołączyła do nas jaszczurka. Ostatnie pół dnia postanowiliśmy spędzić typowo na plaży. Spakowaliśmy wszystkie bagaże, teraz były naprawdę wypchane po brzegi i zapakowaliśmy je do auta. Yacool został na dużej plaży, gdzie ma otwartą przestrzeń do swoich pływackich treningów, a my z dzieciakami poszłyśmy za skałki, na plażę przy wraku statku. Chłopakom bardziej się tam podobało i upierały się, że woda tam jest cieplejsza.

Przed wyjazdem z Agios Gordios poszliśmy jeszcze do naszej ulubionej knajpki coś przekąsić. Pożegnaliśmy się z przemiłym, obsługującym nas przez ostatnie dni Grekiem. Janek wypisał kartki pocztowe, wrzucił do skrzynki i teraz zobaczymy ile dni będą szły.

Pojechaliśmy do stolicy. Zależało mi jeszcze, by przed odlotem zobaczyć pocztówkowy pejzaż Korfu – klasztor na wodzie Vlacherna. W zatoczce stały małe motorówki, którymi można za parę euro popłynąć wokół klasztoru i dopłynąć do pobliskiej wyspy, nazywanej Mysią Wyspą. Z jednego brzegu, na którym staliśmy na drugi prowadzi wąska betonowa grobla. Poszliśmy w kierunku drugiego brzegu. Byliśmy zaskoczeni ile ryb kotłuje się w wodzie, szczerze mówiąc dość brudnej. Dzieciaki były zachwycone, poza ławicami małych rybek i większymi sztukami, zobaczyły kraby i krewetki. Początkowe marudzenie “dlaczego zamiast leżeć na plaży znowu gdzieś jedziemy” zniknęło w oka mgnieniu. Kupiliśmy sobie po lodzie i poszliśmy jeszcze zobaczyć z bliska biały klasztor. Przyjrzeliśmy się też naszemu pasowi startowemu, faktycznie znajduje się na wodzie. Niestety nie startował, ani nie lądował w tej chwili żaden samolot. Podobno jest to niezły widok.

Znad zatoki pojechaliśmy już prosto na lotnisko. Zostawiliśmy auto na parkingu. Pani z wypożyczalni odebrała od nas kluczyki, sprawdziła stan i potwierdziła na dokumencie: all ok. Yacool świetnie się spisał jako kierowca. Przeszliśmy do hali odlotów i przystąpiliśmy do odprawy. Na pół godziny przed wylotem otworzyli bramki i wyprowadzili nas na schody prowadzące na płytę lotniska. Było po 18, ale słońce nadal mocno grzało. Czekaliśmy tak z dobry kwadrans, aż podjedzie autobus, którym pojechalibyśmy do samolotu. Okazało się, że mamy wszyscy cofnąć się do hali terminala. Z głośnika poleciał komunikat, że kapitan zgłosił jakąś awarię techniczną i mamy czekać na dalsze informacje. Po pół godzinie, kolejny komunikat i kolejne pół godziny czekania. Zaczynaliśmy robić się głodni. Zjedliśmy ostatnie owoce i ciastka. Wtedy padło hasło, samolot gotowy, możemy wsiadać. Start samolotu nad samym morzem faktycznie robi wrażenie. Choć dla mnie mało przyjemne było, gdy zaraz po starcie, wzbijał się i jednocześnie zawracał. Przez moment przeszła mi myśl, czy na pewno usunęli usterkę, która opóźniła nasz wylot i czy czasem nie zawracamy na pas startowy, albo nie spadamy. Gdy pilot wyrównał lot przez okienko widzieliśmy całą wyspę w promieniach zachodzącego słońca. Ma kształt taki jak magnes, który zawisł już na naszej magnetycznej ścianie.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *