Kirgistan – Ala Kul

Drugie podejście do trekkingu na Ala Kul.
Tym razem konie czekały na nas punktualnie. Zjadłyśmy śniadanie, założyłyśmy kaski i chwilę przed 9.00 ruszyłyśmy na szlak. Pogoda była idealna, słoneczna. Konie szły jeden za drugim… mniej więcej 🙂. Miejscami, gdzie było szerzej wybierały dogodniejszą dla siebie ścieżkę. Początkowo szlak prowadził po w miarę płaskim terenie, wzdłuż głośno szumiącej rzeki. Teren miejscami był mocno błotnisty i naszpicowany dużymi kamieniami. Byłam pełna podziwu dla koni i ich umiejętności radzenia sobie w tych warunkach. Wyraźnie czuć było, że myślały jak bezpiecznie lawirować.
Po około 2km szlak odbił w kierunku gór. Szlak to dużo powiedziane. Nie ma tu żadnych strzałek, oznaczeń. Towarzyszyli nam przewodnicy, którzy doskonale znali trasę. Wraz ze wzrostem wysokości zaczęły pojawiać się coraz lepsze widoki. Po około 1,5h jazdy zrobiliśmy krótki postój. Konie chwilę odpoczęły, my zjedliśmy coś i zdjęliśmy ciepłe kurtki. Było pięknie. Ruszyliśmy z obozowiska w Altyn Arashan z wysokości 2500 m n.p.m. Na koniach po 2,5h dotarliśmy do jurt pod przełęczą na ok 3500 m n.p.m. W jurtach zjedliśmy suchy prowiant i przygotowaliśmy się na pokonanie ostatniego etapu. Ścieżka wyglądała groźnie. Około 400m w górę, zakosami, ze stromym nachyleniem. W trakcie treku na przełęcz nie wysokość, a brak przyczepności był największym problemem. Wszystkie miałyśmy kijki trekkingowe, ale sucha twarda ziemia na zmianę z usypującym się piargiem sprawiała, że trudno było znaleźć solidne podparcie. Robiłyśmy krótkie przystanki na wyrównanie oddechu i podziwianie widoków. Wejście na górę miało nam zabrać ok 1,5h. Miałyśmy dobre tempo i na przełęczy byłyśmy po 50 min wspinaczki. Po drodze mijałyśmy wielu innych turystów, niektórzy zupełnie nie przygotowani do warunków górskich. W adidasach, na tyłkach zsuwali się w dół. Piach i kamienie usuwały się spod stóp. Bardzo niebezpieczny fragment tej trasy.
Miałyśmy dużo szczęścia do pogody. Z przełęczy mogłyśmy podziwiać turkusową wodę jeziora Ala Kul. Leży na wysokości ok 3500m n.p.m. po drugiej stronie przełęczy, na którą się wdrapałyśmy. Jest też opcja trekkingu 3 dniowego z Karakol George nad jezioro Ala Kul, tam nocleg w jurtach i kolejnego dnia atak na przełęcz i zejście do doliny Altyn Arashan, z której my startowałyśmy.
Posiedziałyśmy chwilę na przełęczy ciesząc się sukcesem i górami.
Zaczynało się chmurzyć więc nie chciałyśmy opóźniać zejścia. Zwłaszcza, że podejście dało nam świadomość, że zejście nie będzie łatwe. Faktycznie szlak ma dużą ekspozycję, jest bardzo stromy, wąski z licznymi innymi turystami. Jak ktoś ma lęk wysokości lub problemy z kolanami, to nie jest to dobra opcja.
Nie ukrywam, że momentami miałam stracha i też schodziłam do pozycji siedzącej, by bezpiecznie zejść na dół. Droga do jurt zajęła nam 40 min.
Radość z zaliczenia przełęczy była olbrzymia. Wsiadłyśmy na nasze konie i stępem ruszyliśmy do Altyn Arashan. Szłyśmy tą samą trasą. W połowie zejścia zaczęło grzmieć. Na szczęście byłyśmy już znacznie niżej, choć i tak pomruki burzy nie były przyjemne. Konie ponownie szukały wygodnych dla siebie ścieżek. Jazda na koniu w dół góry też wymagała ciągłej koncentracji. I od konia i od nas. Ponieważ burza była coraz bliżej nie zatrzymywaliśmy się. Każdy chciał jak najszybciej być w campie. Zaczęło kropić, a po chwili lunęło na całego. Nie zdążyliśmy wyjąć peleryn z plecaków. Siedząc na maszerującym po lesie i błocie koniu bardziej skupiliśmy się, by nie zawisnąć na jakiejś gałęzi niż na tym, że mokniemy.
Ostatni kwadrans jechaliśmy w pełnej ulewie. Konie też przyspieszyły. Nie było już sensu się ubierać bo i tak byliśmy przemoczeni. Zaparkowaliśmy konie i pędem ruszyłyśmy do naszego campu. Musiałyśmy pokonać kawałek pod górę, bo był wyżej położony na zboczach doliny. Okazało się, że pokój na palach, w którym przed trekkingiem złożyłyśmy bagaże ktoś zajął i obsługa nasze plecaki przełożyła bezmyślnie pod domek, na ziemię. Znaleźliśmy wolną jurtę i w strugach deszczu przenieśliśmy tam nasze rzeczy. Byłyśmy zupełnie przemoczone. Przebrałyśmy się szybko, by się bardziej nie pochorować. Po tych 2 zimnych nocach w jurtach wszystkie czujemy się przeziębione.
Dochodziła 18.00. Nie zdążyłybyśmy już wrócić do Karakol na piechotę. Zorganizowałam więc dwie marszrutki, którymi lokalni kierowcy zwięźli nas z bagażami do bram parku. Ta podróż to było też niesamowite przeżycie. 15 km jazdy zalanym po ulewie błotnistym szlakiem, pełnym wielkich kamieni. Kierowcy byli mega doświadczeni szukając przyczepności, silniki wyły i na maksa śmierdziało spalinami. My wewnątrz jak pacynki obijałyśmy się od ścian auta.
Na parkingu czekał już na nas kierowca naszego busa. Co to był za luksus, zmienić auto i wjechać na asfalt. Pojechaliśmy prosto do restauracji na kolację i litry czaju 🙂

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i Google Politykę Prywatności oraz obowiązują Warunki Korzystania z Usługi.

HTML Snippets Powered By : XYZScripts.com