Kirgistan – Karakol
Dobrze było wziąć prysznic i wyspać się w ciepłym łóżku. Ewidentnie mnie coś bierze. Połknęłam na noc aspirynę i mam nadzieję, że się nie rozwinie. Spałyśmy w Karakol w hoteliku, choć bardziej przypominał rodzinny guesthouse. Po przekroczeniu progu, w przedsionku trzeba było zdjąć buty. Wszędzie, gdzie mamy posiłki u lokalnych rodzin w domach, przed wejściem zdejmuje się buty. W stołówce naszego jurtowego campu też był taki wymóg.
Dziś miałyśmy luźniejszy dzień. Po śniadaniu podjechaliśmy do centrum, by zwiedzić dwa główne zabytki miasta – meczet dungański i cerkiew.
Przy wejściu na teren meczetu dostałyśmy kolorowe wdzianka z kapturami, wyglądałyśmy w nich jak drużyna teletubisiów 😉
Meczet zaprojektował chiński inżynier, stąd też bardziej przypomina wschodnią świątynię niż tradycyjny meczet. Wybudowano go w latach 1907-1910 dla Dunganów, chińskich uciekinierów wyznających islam. Ciekawostką jest, że zbudowano go bez użycia ani jednego gwoździa czy metalowych łączeń, opierając się na skomplikowanym systemie nacięć i dopasowanych drewnianych elementów.
Później zajrzeliśmy do cerkwi. Trafiliśmy na zbiorowe chrzciny. Były chrzczone zarówno niemowlaki, małe dzieci jak i osoby dorosłe. Ksiądz nie szczędził wody święconej. Płaczące dzieci były polewane rondelkiem nad dużą miednicą… Myślę, że było to dla nich dość traumatyczne przeżycie. Dorosły chrzczony był nagi od pasa w górę, stał bosymi stopami w misce, a ksiądz polewał go wodą po głowie i plecach.
Potem ruszyliśmy wzdłuż południowego brzegu jeziora Issyk Kul. Jest olbrzymie niczym morze.
Zajechaliśmy zobaczyć formację skalną Jetti Oguz – skały, które wg legendy są zamienionymi bykami. Czerwone grzbiety przez tysiące lat formowane były przez wodę i wiatr. Na wjeździe do doliny jest skała „broken heart”, z którą też związana jest legenda – o dziewczynie, o którą walczyło i poległo w tej walce dwóch mlodzieńców, a jej z rozpaczy pękło serce.
Na wzniesieniu jest kawiarnia, kawa niezła, ale czas oczekiwania to ponad pół godziny. Nikt się za bardzo nie spieszył z realizacją zamówień. Można było zamówić i spokojnie iść robić zdjęcia okolicy.
Zatrzymaliśmy się na lunch w obiekcie oznaczonym symbolem CBT – community based tourism. Jest to sieć obiektów, prowadzonych przez lokalne rodziny, noclegi czy miejsca posiłków. Jak zawsze jedzenia było mnóstwo i było bardzo smaczne.
Po południu dojechaliśmy do Kanionu Skazka (bajka). Byliśmy o idealnej porze. Mieliśmy złotą godzinę na zdjęcia. Pospacerowaliśmy po formacjach kanionu, jedna przypominała mur chiński, inna głowę smoka czy słonia – choć tu było wiele wątpliwości 😉
Krótko przed zachodem słońca dotarliśmy na nasz kolejny nocleg. Teraz dwie noce znowu spędzimy w jurtach, tym razem nad jeziorem. Choć biorąc pod uwagę, że leży ono na wysokości ponad 1600 m n.p.m, to w sumie tak jakbyśmy nadal były w górach.















