Kirgistan – koń
Na dziś miałyśmy zaplanowany trekking na przełęcz nad jeziorem Ala Kul. Aby zdążyć wejść i zejść z przełęczy jednego dnia trzeba mieć albo końską wydolność, albo wspomóc się właśnie koniem w pierwszej fazie trekkingu. Nasze konie miały być ok 8.30. Czekałyśmy cierpliwie, ale po kwadransie, a potem dalszej pół godzinie zwłoki zaczęłam naciskać na lokalnego guida.
On też był zaniepokojony, że gościa od koni nadal nie ma. Okazało się, że konie są na noc puszczane luzem na gorakie łąki i dopiero rano po wschodzie słońca są ponownie łapane i sprowadzane do doliny. Z naszym gościem od koni nie było żadnego kontaktu. Zaczęliśmy więc szybko organizować inne konie. Ale to też nie było takie proste, bo każdy camp miał swoje konie, dla swoich turystów i niechętnie chcieli się nimi dzielić. Najgorsze było to, że zwodzili nas komentarzami, że konie są za górką, że już je siodłają i za pół godziny ruszymy. Tylko tych półgodzin zebrało się już kilka. Dziewczyny bardzo chciały odbyć ten trek, był to dla nich punkt kluczowy wyjazdu.
Ponieważ mijały kolejne pół godziny i przestałam już wierzyć, że ktokolwiek mówi tu prawdę postanowiłam, że przekładamy trek na Ala Kul na kolejny dzień, a dziś pospacerujemy w dolinie. To było mega mocne doświadczenie, zderzenie myślenia naszego i ich. W tej górskiej wyprawie towarzyszyła nam mama naszego guida, która także miała nam pomóc podczas części konnej.
Jej też nerwy puściły. W pewnym momencie zaczęła agresywnie opieprzać osobę odpowiedzialną za konie, trwało to dobry kwadrans. Wszyscy lokalni spuścili głowy i nikt nie miał odwagi jej przerwać. Moje afery po angielsku nic by nie dały, bo mało kto mówił tam po angielsku. Jej kirgiski ochrzan zadziałał skuteczniej.
Ustaliliśmy z innym campem organizację koni na kolejny dzień i by nie tracić więcej czasu ruszyliśmy na spacer doliną. Było pięknie, pusto, słonecznie. Przekraczaliśmy strumienie i kluczyliśmy miedzy stadami koni i krów. Dziwiłam się czemu był taki problem z końmi skoro wszędzie ich mnóstwo. Ale okazało się, że to były klacze i źrebaki, a jeździ się tylko na samcach.
Zrobiliśmy 15 km pięknego szlaku. Wróciliśmy do obozu z uśmiechami. Skoczyłyśmy jeszcze z dziewczynami wygrzać się w gorących źródłach.
W ramach przeprosin zaoferowano nam przeniesienie się z jurt do pokoi, 3 osoby skorzystały z tej opcji. Kolację zaserwowali nam w prywatnym pokoju, na większym wypasie kulinarnym i z muzyką na żywo.













