Kolec jeżozwierza

  • 15235496_10209508871991187_6414906447661587214_o
  • 15235776_10209508861430923_6240611639702860482_o
  • 15235855_10209508877831333_4591609146232094674_o
  • 15235919_10209508868751106_6194067223897003767_o
  • 15272174_10209508877511325_3790976868965608857_o
  • 15288490_10209508871231168_2123872184712480793_o
  • 15289138_10209508873511225_9028449354347731875_o
  • 15289239_10209508866271044_3857404424023974560_o
  • 15304274_10209508870551151_8934904613487867416_o
  • 15304548_10209508867791082_4332074999293205467_o
  • 15304592_10209508876431298_2516892556276880696_o
  • 15326031_10209508874231243_3003810387142492128_o

 

No to sobie dziś pospaliśmy! Niczym nie zakłócony sen do 7 rano. Dziewczyny zaczynają sprzątanie dopiero jak się robi jasno. Minął tydzień naszego pobytu, a ja mam wrażenie jakbyśmy byli tu już rok. Tu czas zupełnie inaczej płynie. Nawet nie staram się skupiać na tym jaki jest dzień tygodnia. Marcin Rakoczy, którego tu poznaliśmy mieszka w Kenii od 15 miesięcy. Do Polski wraca w kwietniu na maraton w Gdyni. Wcześniej mieszkał w Muchacos, to znacznie niżej. Jego kenijska dziewczyna Liliana zarządziła jednak, że musi zacząć trenować w Iten, na większej wysokości jeśli chce poprawić swoją formę. Biega metodą Romanova. Przyznał, że studiował różne filmiki w necie i szuka. Chce z nami pracować. Zaczyna łapać sprężynkę. Ale mam wrażenie, że dopiero po spotkaniu z yacoolem i rozmowach zaczyna patrzeć i widzieć, to co miał cały czas przed oczami. Kenijskich biegaczy. Myślę, że to może być dla niego największą wartością, nauczyć się korzystać z obserwacji do poprawy własnego biegania.

Marcin jest ambitny, uczy się języka. Jego celem jest zrobienie minimum na Igrzyska w maratonie. Po powrocie w kwietniu do Polski zamierza iść do pracy, by zarobić pieniądze i wrócić tu na kolejne dwa lata treningów. A kasy wcale nie trzeba dużo, jak się jest w stanie przystosować do prostego, kenijskiego życia. Mówi, że żyje skromnie, analizuje zakupy i wydaje 100 zł na mieszkanie i maksymalne 500 zł na życie miesięcznie. W weekend mamy się spotkać u nich na obiedzie więc zobaczymy jak mieszkają. Lili ma usmażyć chapati, placki z mąki kukurydzianej.
Dziś po treningu rozmawiałam z Lili o życiu w Polsce. O pracy, zarobkach, ale też o presji i stresie jakim ulegamy my ludzie zachodu. Zapytała ze zdziwieniem: why are you stressed? To dla niej coś nieznanego. Przynajmniej w naszym wymiarze. Mówiła, że w Kenii bardzo trudno zdobyć pracę. Że jak się ją już ma, to często zarobki są na poziomie 100 ksh, czyli 1 usd dziennie. Trudno z tego się utrzymać. Ale to nie sprawia, że ludzie są tu zdołowani, przygnębieni czy w depresji. Tu większość ma swój kawałek ziemi i go uprawia. Z drugiej strony pomyślałam, że to wcale nie różni się znacznie od mojego życia. Ja też wydaję wszystko co zarabiam. I to nie dlatego, że jestem rozrzutna, a dlatego, że tak drogie jest życie, spłata kredytów, opłacenie rachunków, jedzenie. Tu jedzenie jest z ogródka, ciuchy kupuje się za grosze na targu. Nie ma takich stałych opłat administracyjnych jak u nas. Lili mówiła, że za 2000 usd można sobie kupić parcelę i robić na niej co się chce. Brzmi kusząco…

Dziś spotkaliśmy się z Marcinem i Lili na Kamariny. Yacool pomęczył ich wymachami ramion i nóg. Nazywa to treningiem funkcjonalnym, na czucie bezwładności. Tego Marcin w książkach nie znajdzie. Były też piłki do rolowania i skakanka na rozgrzewkę. Potem ja sobie truchtałam wokół stadionu, a Marcin robił trening powtórzeniowy, 400 i 200 m. 400 setki wychodziły mu poniżej 1:20.

Wczoraj rozmawiałam ze znajomą z RunCzech, w sprawie Meshacka i możliwości dołączenia go do grupy RunCzech. Wspomniałam, że kilku jego kolegów jest w ich teamie. Dziewczyna dała mi kontakt do chłopaka z Adidasa, który obecnie przebywa w Iten i selekcjonuje dla nich zawodników. Powiedziała, że ma on świetne oko i ona ufa mu całkowicie w tych kwestiach. Jak dziś byliśmy na Kamariny, to był jeden biały, który zachowywał się jak selekcjoner. Grupki Kenijczyków biegały, a on mierzył im czasy i coś notował. Po naszym treningu podeszłam i go zagadnęłam. Okazało się, że to był on. Ma na imię Kip. Umówiliśmy się z nim na spotkanie jutro. Chcemy z nim porozmawiać o naszym projekcie i pokazać mu Meshacka. Zobaczymy czy faktycznie ma tak dobre oko i czy zgra się ono z optyką yacoola.

Wracając z Kamariny poszliśmy jeszcze na punkt widokowy, który jest za stadionem. Uwielbiamy tam siedzieć i chłonąć atmosferę. Na ścieżce znalazłam igłę jeżozwierza. Na skałach wylegiwały się jaszczurki, a nad nami szybowały kruki. Jest tu raj dla paralotniarzy. Najwięcej przyjeżdża ich i uprawia tu ten sport od stycznia do marca. Wtedy nie pada i są dobre wiatry. Może kiedyś też się przelecimy… Na tyłach stadionu wybudowano przebieralnie dla sportowców. Reszta terenu to stare pozostałości, m.in po banku i inne rupiecie. Z obawą patrzymy na drewniane, sklecone ze zwykłych drewnianych rusztowania, po których chodzą robotnicy budujący trybunę.

W drodze do hotelu dołączył do nas młody chłopak, który też wracał z treningu. Ma 22 lata. Biega 5k poniżej 14 minut i 10k w granicach 29:30. Nabiegał to podobno w Nairobi. Yacool zachęcił go, by jutro dołączył do naszego treningu. Chce wziąć rower i na stadionie przypilnować i ponagrywać chłopaków. Mamy nadzieję, że przyjdzie. Miał piękną, proporcjonalną, smukłą sylwetkę. Ach, nie mogę się tu na nich napatrzeć…

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *