Tambach i wodospad Kessup

  • IMG_20200131_201923_321
  • IMG_20200131_123208
  • IMG_20200130_173538_748
  • IMG_20200130_103228
  • IMG_20200130_104406
  • IMG_20200130_110120
  • IMG_20200130_105743
  • IMG_20200130_173538_750
  • IMG_20200130_110245
  • IMG_20200130_111427
  • IMG_20200130_103446
  • IMG_20200130_110721
  • IMG_20200130_110724
  • IMG_20200130_105436
  • IMG_20200130_110936
  • IMG_20200130_095213
  • IMG_20200130_095026
  • IMG_20200130_094941
  • IMG_20200130_094638
  • IMG_20200130_092956
  • IMG_20200130_085009
  • IMG_20200130_080440
  • IMG_20200130_085659

Klimat się zmienia i doskonale to widzimy w Iten. Alex mówi, że jak żyje, a ma 28 lat jeszcze nigdy nie było w styczniu tak zimno i deszczowo. Leje całe noce, zaczyna już od 18. Taką pogodę mieliśmy w Iten tylko raz, gdy byliśmy tu po raz pierwszy pięć lat temu, pod koniec października, gdy trwała jeszcze pora deszczowa. Grudzień – luty to definitywnie pora sucha i najcieplejsze miesiące w Iten. Przynajmniej teoretycznie. Okazuje się, że teraz nic już nie jest pewne. Abstrahując od tego, że zaczyna to komplikować planowanie treningów jest to z pewnością niebezpieczne ze względu na rytm życia Kenijczyków. Posiane zboża będą albo wypłukane przez deszcz, albo zgniją zanim zdążą je ściąć. Co oznacza mniejsze plony i wyższe ceny mąki, która jest tu podstawą ich diety. Z niej szykują ugali i chapati stanowiące ich podstawowe posiłki w ciągu dnia.

Niezależnie od pogody zdecydowaliśmy się, że w czwartek rano jedziemy na stadion w Tambach. Dan pomógł nam zorganizować prywatne matatu. Wyjechaliśmy od nas o 8 i po około 15 minutach byliśmy na miejscu, jakieś 500 metrów niżej. Tu jest zdecydowanie cieplej, wyszło też słońce i trening kończyliśmy gdy już mocno grzało. Po kilku kółkach rozgrzewki robiliśmy przebieżki. Ziemista nawierzchnia stadionu była trochę błotnista. W ciągu dnia zapewne słońce szybko ją wysuszy, teraz jednak było miejscami ślisko. Ja z dziewczynami i Jankiem zrobiliśmy 10 x 100m. Seba latał 12 x 200m. Yacool nagrywał go i po każdym odcinku dawał wskazówki, co ma poprawić, inaczej ustawić itp. Był z nami też Meshack. Porobił trochę nożyc z truchcie i przesterowań. Meshack pracuje nad swoją techniką i to widać. Kilka przebieżek, które zrobił wyglądało naprawdę dobrze, stylem przypominało już bieg Kipchoge.

W międzyczasie na stadion przyjechało też kilku kenijskich biegaczy. Wśród nich dziewczyna, na którą yacool od razu zwrócił uwagę. Widać było móc w Hej biegu, była mocniejsza niż biegający z nią chłopacy. Podeszłam do jej coacha i zapytałam co to za zawodniczka. Nazywała się Rosemary ( o nazwisko pytałam trzy razy i nie zapamiętałam). Szykuje się na półmaraton w Raku, gdzie ma pobiec ok 64 minut. To będzie jej debiut. Ostatnio pobiegła uliczną dychę w Walencji w 29:50. Dziś robiła speedwork. 25 razy 400 m, okrążenie w 69 sekund ze względu na błotnistą nawierzchnię. Gdyby było sucho biegała by to w 67 sekund! Przerwę stanowiło 200 metrów marszu.

W połowie drogi do Iten jest wodospad. Wiele razy go widziałaby, ale nigdy tam nie podjechaliśmy. Postanowiłam wykorzystać okazję i tym razem go zobaczyć z bliska. Nasi kenijscy przyjaciele, ani nawet kierowca nigdy tam nie byli, gdy ich wcześniej o to pytałam nawet nie kojarzyli tego miejsca. Ja się jednak upierałam, że na pewno tam jest, widziałam go z okna matatu nie raz. No i był. Kierowca zatrzymał się, gdy wracaliśmy z treningu i zapytał jakiegoś lokalnego chłopaka. Ten z radością zaoferował, że nas tam zaprowadzi.

Myślałam, że pójdziemy do stóp wodospadu. Tymczasem wspinaliśmy się na jego szczyt. Droga wąską i błotnistą ścieżką zajęła nam około pół godziny. Cały czas mocno pod górę. Przyroda była niesamowita. Intensywna zieleń, wysokie drzewa. Czułam jakbym przedzierała się przez puszczę. Cały czas było też słychać szum wody. Po ostatnich deszczach wodospad był bardzo duży. U jego szczytu woda miała mocny nurt. Po drugiej stronie, na drzewach siedziały biało czarne małpy. Super miejsce!
Schodziliśmy powoli i ostrożnie. Mimo to na ostatnim dosłownie metrze wąskiej ścieżki Ada, Janek i ja po kolei poślizgnęliśmy się i zjechaliśmy na tyłkach. Poza brudnymi spodniami i obłoconymi rękami obyło się bez większych szkód.

Pojechaliśmy od razu do Nancy na lunch. Objedliśmy się jak zawsze do syta. Jedna z kelnerek, Cherono, zmartwiła się jedynie, że nikt z nas nie zamówiły ryby, którą specjalnie dla nas przygotowali. Obiecaliśmy, że przyjdziemy wieczorem na kolację i wtedy ją zamówimy.
Yacool obejrzał z chłopakami nagrania ze stadionu. Ja poszłam na spacer do Kerio. Jankowi zamarzyły się naleśniki z lodami, a to jedyne miejsce, gdzie można je zjeść.
Wieczorem poszliśmy do Nancy. Michał miał obiecaną lekcję smażenia czapati. Nancy dała mu fartuch i wszedł do kuchni na naukę. Zdziwił się, że to jednak wymaga trochę zachodu. Energicznie trzeba rozwałkować placek, potem na rozgrzanej patelni okręcać go dłonią, by się nie przypalił i podkładać masło nie olej. To tajemnica najlepszego smaku chapo jakie jadłam. Nigdzie nie smakują tak genialnie jak u Nancy.
Tilapia, którą zaserwowała nam Nancy była pyszna. Dobrze przyprawiona, z warzywnym sosem. Do domu wracaliśmy we mgle, a może to były chmury, w końcu jesteśmy 2400 m n.p.m. Chwilę wcześniej przeszła burza i ulewa. Zastanawiałam się tylko na ile bezpieczne jest przebywanie w blaszanej budzie podczas takiej pogody. Uspokoił mnie Seba kwitując, że przecież oni tak żyją cały czas…

 

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i Google Politykę Prywatności oraz obowiązują Warunki Korzystania z Usługi.