Tanzańskie “few minutes”

  • 23658815_10212541475724385_5017022738590150891_n
  • 23658860_10212541468484204_1953336340091790947_n
  • 23659638_10212541469044218_3572537311589356342_n
  • 23659686_10212541472324300_8303983273713181341_n
  • 23722240_10212541469444228_8321096720724173073_n
  • 23722244_10212541470884264_1807432035361329010_n
  • 23722421_10212541468244198_7681974109848888106_n
  • 23722700_10212541469764236_3692753669297086363_n
  • 23754742_10212541476484404_3656053741923212454_n
  • 23754831_10212541470044243_6594369058135297741_n
  • 23755233_10212541474964366_6159723776553786367_n
  • 23755551_10212541469164221_7333405040733525240_n
  • 23755731_10212541471404277_7135339325528981908_n
  • 23795124_10212541468804212_2699486796712269192_n
  • 23795192_10212541470404252_2743523418713155191_n
  • 23795854_10212541475364376_1549269141893233674_n
  • 23843464_10212541473484329_5940228736902770335_n

 

Wczoraj dobitnie doświadczyliśmy co znaczy tanzańskie poczucie czasu. Na lotnisku Kilimandżaro spędziliśmy 3h, czekając aż sportowcy otrzymają potwierdzone czeki, ze swoimi wygranymi. Jak się potem okazało, w tym czasie organizatorzy jedynie weryfikowali ich tożsamość na podstawie paszportów. Około 11 pojechaliśmy matatu do Arushy, gdzie w banku mieli dokonać wypłat. Wcześniej razem z Nelsonem i kilkoma biegaczami przeszliśmy się po kilku kantorach, by sprawdzić najkorzystniejszy kurs. Okazało się, że większość tych punktów nie ma wystarczającej ilości pieniędzy na wymianę.
Pod bankiem dołączył do nas facet, który wcześniej był też na lotnisku i dopiero tu wręczył sportowcom prawdziwe czeki. Zamiana ich na pieniądze trwała kolejne 3h! My w tym czasie z grupką osób, która nie odbierała wygranych czekaliśmy pod bankiem. Nikt nie powiedział, że będzie to trwało tak długo, poszlibyśmy sobie gdzieś usiąść… Jeden z Tanzańczyków powiedział jedynie, byśmy zaczekali “few minutes”. Jak już wszyscy wyszli z banku z grubymi kopertami, to Nelson zabrał tych co najwięcej wygrali taksówką do kantoru. Reszta miała wymienić drobniejsze wygrane na granicy. Nie było ich kolejną godzinę. Jak wrócili, była już 16 i okazało się, że o tej porze wszystkie autobusy wyjechały już w kierunku Nairobi i że zostaje nam poszukanie matatu. Średnio nam się ten pomysł podobał, ale wyjścia innego nie było. Zostawać kolejną noc w Tanzanii nie chcieliśmy. Poszliśmy więc spacerem na plac, z którego odchodzą matatu do granicy z Kenią. Było nas siedmioro więc szybko zapełniliśmy jeden z busów i ruszyliśmy w kierunku granicy.

Podróż trwała około 1,5h. Tanzańscy kierowcy jeżdżą bardzo ostrożnie i przepisowo. Zwalniają na wszystkich ograniczeniach, a jak jest nawet pusta droga, to nie przekraczają 80 km/h. Trochę nas to irytowało, bo momentami można było jechać sporo szybciej. Po drodze w kilku miejscach pod akacjami siedzieli co prawda policjanci, ale nie widzieliśmy tu żadnego radaru w ich ręku. Ruch jest znikomy, droga pusta, jedyne co może zakłócić podróż to krowa lub osioł, które czasem niespiesznie przechodzą sobie na drugą stronę. Mijaliśmy grupki Masajów ubranych w kolorowe tradycyjne dla nich stroje i kraciaste koce. Jadąc w tamtą stronę widzieliśmy parę strusi, teraz żegnały nas żyrafy. Takie mini safari za free.

Na granicy procedury tym razem poszły bardzo szybko i sprawnie. Masajskie kobiety obwieszone ręcznie robioną biżuterią starały się nam coś sprzedać, bransoletki, wisiory, kolczyki, zarówno mi jak i yacoolowi.

Cieszyliśmy się, że jesteśmy już z powrotem w Kenii. Szybko znaleźliśmy matatu, które miało zabrać nas do Nairobi. W zasadzie był to minivan, miejsca jak zwykle za mało, ale jakoś się zmieściliśmy. Podróż miała potrwać około 2,5h. I faktycznie tyle trwał przejazd. Tylko, że około 40 km od granicy w kierunku Nairobi ruch ponownie przybrał na sile. Bałam się tej jazdy. Klęłam i to całkiem głośno widząc kolejny ryzykowny manewr naszego kierowcy. Wyprzedzanie na trzeciego na nieoznakowanych progach zwalniających i to zarówno prawym jak i lewym poboczem, jazda bez świateł lub ciągłe oślepianie przez pojazdy jadące notorycznie na długich światłach, motory i rowery wiozące gabaryty bez żadnego odblasku, ludzie przebiegający pomiędzy pojazdami. Do tego unoszący się w powietrzu kurz niczym mgła ograniczający widoczność. To jak gra w kiepską grę komputerową, taki “river ride” w realu. Totalna masakra.

W Nairobi byliśmy przed 21. Było ciemno, ale ludzi i samochodów mnóstwo, do tego trąbiące auta i głośna muzyka. Kierowca zawiózł nas w pobliże miejsca skąd odchodzą matatu do Eldoret. Ekipa była głodna. Okazało się, że od rana, a w zasadzie od wczorajszej kolacji, którą im postawiliśmy nic nie jedli. Chcieli coś zjeść przed dalszą 7h jazdą. Weszliśmy do pobliskiej knajpy. Byłam tak zestresowana jazdą i zmęczona, że nie oponowałam. Pomyślałam jedynie, że moja mama byłaby przerażona widząc mnie w takim miejscu. Weszliśmy na piętro, tam było pusto i spokojnie. Zastanawiałam się jedynie czy w pierwszej kolejności spadnie nam na głowę zmurszały sufit czy zapadnie się pod nami podłoga. Kelner szybko i sprawnie nas obsłużył. Zamówiliśmy herbatę, chapati i ndenge, to coś jak nasza zielona soczewica. Jedzenie było bardzo smaczne i tanie. Rachunek za 12 osób wyniósł niecałe 9 usd. Wszyscy się najedli i byli zadowoleni. Pod knajpą czekało matatu. Ruszyliśmy do Eldoret o 23. Na szczęście kierowca włączył jakąś spokojną muzykę i nie tak głośno jak normalnie. Próbowałam przespać te 6h jazdy, ale nie było łatwo. Za mało miejsca, nogi mi drętwiały, tyłek bolał od siedzenia. W Eldoret byliśmy ok 4:30 rano. Czekał tam na nas znajomy kierowca, który w kolejnym matatu zawiózł już nas do Iten. Wysadził nas pod hotelem. 5:30. Zimno bardzo, to nie gorąca Tanzania… Na szczęście woda pod prysznicem ciepła, szybka kąpiel i do spania. W Tanzanii spaliśmy bez przykrycia, tu bez trzech kocy się nie da.

Rano z uśmiechem przywitały nas kelnerki. Co za odmiana w stosunku do tej panny z Bome. Opowiedziałam Thyline jak nas tam traktowano, śmiała się z niedowierzania.

Dziś odpoczywamy, może potem skoczymy kupić jakieś owoce. Będąc w Tanzanii na każdym kroku starano się nas oszukać, potem już wysyłałam Meshacka, by kupił mi owoce czy wodę, w innym przypadku płaciłam kilka razy więcej za to samo. Tu, w Iten nie czujemy się tak naciągani. Stwierdzam, że mimo że Tanzania pod względem przyrodniczym i komunikacyjnym bardziej mi się nawet podobała niż Kenia, to jednak ze względu na ludzi tu lepiej się czuję, jest bardziej swojsko.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *