Wodospady Wiktorii w lipcu
Wodospady Wiktorii w niektórych rankingach wymieniane są jako jeden z siedmiu cudów natury. Niewątpliwie na to zasługują. Tym razem zwiedzam je w lipcu, są pełne wody i spektakularne.
Pierwszym białym, który do nich dotarł był David Livingstone, brytyjski podróżnik. W 1855 roku odkrył je dla świata zachodu. Miejscowi oczywiście wiedzieli o nich dużo wcześniej i nazywali je całkiem trafnie „Dym który grzmi” – „Mosi oa Tunya”. Od 1985 r są wpisane na listę UNESCO. W rankingu wodospadów świata, mimo że nie są najdłuższe (najdłuższy jest Iguazu 2,7km), to mają najdłuższą kurtynę wody. Całą długość wodospadu (1,7km) przedziela tylko jedna wyspa, Livingston Island, tworząc dwie jego części o długościach ok 500m + 1200m.
Rano było rześko, 10 st. W ciągu dnia temperatura rośnie do 28 st. Jesteśmy tu teraz w czasie zimy, bardzo przyjemna ta zima 😉 Zaczęliśmy zwiedzania od strony Zimbabwe. Dostaliśmy porządne peleryny, przydały się, bo mgła od wodospadów niesie się teraz daleko i wysoko. Sprawdzałam co jakiś czas czy moja osłona na telefon faktycznie jest wodoszczelna. Po tej stronie jest 16 punktów widokowych, na niektórych mgła zupełnie przesłaniała widok krawędzi wodospadu. Zupełnie inne doświadczenia niż w listopadzie, gdy można oglądać skały, dno kanionu i płynącą nim rzekę. Wtedy widać lepiej jego wysokość i tak się nie moknie 😉
Na końcu trasy jest atrakcja abseiling. Polega to na zejściu w uprzęży i będąc przypiętym do liny w dół po krawędzi urwiska. Babcia i jedna z wnuczek odważyły się to zrobić. Zeszły 80m w dół i potem drugie tyle przy pomocy obsługi musiały się podciągnąć do góry. W porze suchej jest to dużo łatwiejsze, teraz odpychanie się nogami od mokrych skał było sporym wysiłkiem. Reszta rodziny odetchnęła z ulgą, gdy wróciły na górną platformę.
Na granicy mimo kolejki poszło sprawnie i po wbiciu pieczątek w paszporty byliśmy w Zambii. Tu trasa jest krótsza, można też pójść szlakiem i zobaczyć Zambezi, która go tworzy spadając z wysokiej skalnej półki. Wodospad w najwyższym punkcie ma 108m. W ten weekend miejscowi mają święto i długi weekend, więc było sporo miejscowych rodzin, dzieciaków. Wszyscy mieli świetną zabawę moknąc w strugach wody 🙂
Przekraczając most graniczny miedzy Zimbabwe i Zambią, Victoria Falls Bridge jedna z osób też zapragnęła mocnych wrażeń… skoku na bungy z wysokości 128m, w dół kanionu rzeki Zambezi. Po drobnych negocjacjach skończyło się na innej atrakcji, „swing”- huśtawce. To także jest ekstremalne przeżycie… jest się w uprzęży przypiętym w pasie i leci nogami pionowo w dół. Na końcu lina się napręża, a ochotnik zaczyna się bujać po dużym wahadle. Przyznaję, że podróż odbywam z ekstremalną rodziną, a to dopiero nasz drugi dzień… 😉
Na lunch, który po tych wszystkich przygodach zamienił się bardziej w kolację, dotarliśmy blisko zachodu słońca. O tej porze roku ciemno robi się ok 17.30. Zjedliśmy wszystko do dna, z pięknymi widokami na most i zakosy kanionu.













