Walencja

  • IMG_20190310_140922
  • IMG_20190310_111152_HDR
  • IMG_20190310_112715_HDR
  • IMG_20190310_111549_HDR
  • IMG_20190310_120455_HDR
  • IMG_20190310_114458_HDR
  • IMG_20190310_131047_HDR
  • IMG_20190310_132047_HDR
  • IMG_20190310_140224_HDR
  • IMG_20190310_141717_HDR
  • IMG_20190310_142041_HDR
  • IMG_20190310_142411_HDR
  • IMG_20190310_142636_HDR
  • IMG_20190310_152502_HDR
  • IMG_20190310_162424_HDR
  • IMG_20190310_162521_HDR
  • IMG_20190310_163946_HDR
  • IMG_20190310_164440_HDR
  • IMG_20190310_165015_HDR
  • IMG_20190310_174805_HDR
  • IMG_20190310_174703_HDR
  • IMG_20190310_183314

 

Rano pojechaliśmy do oddalonej o pół godziny drogi Walencji. Sebastian, nasz znajomy, chciał odpocząć na plaży, a my trochę pozwiedzać. Zaczęliśmy od oceanarium, które mieści się w miasteczku sztuki i nauki. Futurystyczne budynki widać z daleka i robią spore wrażenie. Można tam spędzić cały dzień. Na miejscu znajdują się budynki z akwariami i rybami podzielonymi wg miejsc ich występowania. Jest też delfinarium z pokazami delfinów, foki i krokodyle, pelikany i flamingi. Oglądaliśmy występ delfinów z mieszanymi uczuciami. Widać było, że opiekunowie i treserzy delfinów mają z nimi świetny kontakt i faktycznie lubią to zajęcie. Delfiny też zdawały się dobrze bawić wykonując różne sztuczki. Niemniej jednak przykra jest świadomość, że tak inteligentne i mądre zwierzęta jak delfiny całe swe życie spędzają w niewielkim w stosunku do ich potrzeb zamkniętym akwenie.

Na terenie oceanarium spędziliśmy ponad trzy godziny, chodząc i zwiedzając poszczególne pawilony. Później poszliśmy jeszcze na szybki spacer po terenie miasteczka sztuki. Biel konstrukcji, błękit wody i rozmach całego obiektu bardzo nam się podobały. Chętnie spędziłabym tam więcej czasu. W ogóle cała Walencja jest zbudowana z rozmachem. Ulice są szerokie, kilkupasmowe, przy czym poszczególne pasy nie są zaznaczone liniami. Zwłaszcza na rondzie jeździ się dość dziwnie. Ale Hiszpanie wydają się być spokojnymi kierowcami. Jeżdżą powoli, nie trąbią.

Później podjechaliśmy do zabytkowego centrum. Trudno tu gdziekolwiek zaparkować auto, wszędzie są zakazy. By nie tracić niepotrzebnie czasu wjechaliśmy na parking podziemny. Na każdej niemal uliczce są porozstawiane stoliki i restauracje serwujące lokalne specjały. Siedliśmy w jednej, gdzie były wszędzie napisy „dziś paella walenciana”. Zamówiliśmy więc tę słynną potrawę, ale po chwili okazało się, że została im ostatnia porcja. No co za pech, znowu byliśmy za późno. Poszliśmy więc dalej. Trafiliśmy na mały placyk, na którym odbywał się jakiś pokaż czy konkurs przygotowywania właśnie tej potrawy, w sposób oryginalny, na rozpalonym na ziemi ogniu. W powietrzu unosił się zapach ogniska. Usiedliśmy w knajpie obok, tu jedyna osoba mówiąca po angielsku przyjęła od nas zamówienie. Podano nam danie, ale jak się w tym momencie okazało, paella walenciana właśnie im się skończyła i dostaliśmy wersję z kurczakiem i wege. No nic, będziemy w Hiszpanii jeszcze trzy dni, może uda nam się jeszcze zjeść tą oryginalną, z owocami morza…

Później przeszliśmy się jeszcze uliczkami, poszliśmy w kierunku zabytkowego budynku mercado, giełdy jedwabiu i katedry. Pod tą ostatnią występowali mimowie, był też wielki pluszowy miś koala, z którego wydobywała się muzyka Queen. Dziwne pomieszanie wszystkiego ze wszystkim. Do tego hałasy kapiszonów i odpalanych wciąż petard. Za kilka dni w Walencji będzie odbywała się słynna fiesta ku czci ognia „fiesta de fallas”. Hiszpanie podobno imprezują przy tej okazji już od początku marca. My wyjedziemy kilka dni przed kumulacją obchodów.

Na koniec dnia pojechaliśmy jeszcze do mariny i na plażę, gdzie dzień spędzał Sebastian. Znowu zostawiliśmy auto na podziemnym parkingu i poszliśmy na piwo/kawę. Plaża w Walencji jest piaszczysta i przynajmniej ze trzy albo i cztery razy szersza od naszej w Kołobrzegu. Bary w marinie tętnią życiem i głośną muzyką, wcale nie hiszpańską. Myślę, że w sezonie jest tu mega imprezownia. Sprawdziliśmy temperaturę wody, zimna ale nie lodowata. Na plaży zaczepił mnie jakiś gość oferując wielką narzutę a’la koc plażowy w indyjskie wzory i kolory. Chciał za niego 10 euro, powiedziałam, że mogę dać mu 5, myśląc że się nie zgodzi. Ale się zgodził, wziął kasę i zaczął uciekać. Przestraszyłam się, że być może chwilę wcześniej komuś zwinął ten koc z plaży… No ale jego już nie było, a ja zostałam z kocem.

Poszliśmy po auto, ale okazało się, że jest problem z biletem parkingowym. Maszyna pokazywała, że jest uszkodzony. Oczywiście wszystko po hiszpańsku, żadnej informacji po angielsku. Nigdzie też nie widzieliśmy nikogo z obsługi. Na maszynie był przycisk, zadzwoniliśmy, odezwała się pani, zapytałam z nadzieją czy mówi po angielsku. Nie. Ok, łamanym hiszpańskim wyjaśniłam jej, że bilet nie działa. Ona płynnym szybkim hiszpańskim powiedziała mi co mam zrobić. Zrozumiałam, że iść do kasy centralnej na pierwszym poziomie. Przez kwadrans jej szukaliśmy, pytając różnych osób. Nikt z pracujących tam nie wiedział o co chodzi. W końcu znaleźliśmy. Pan dał nam nowy bilet i wyjechaliśmy z parkingu.

Po przyjechaniu do Sagunto poszliśmy jeszcze na kolację do tawerny naprzeciw naszego domu. Po 20 zaczęli się schodzić ludzie na kolację. Zamówiliśmy dwa rodzaje lokalnych tapas, sałatki, piwo i dzbanek sangrii. Dobrze, że z knajpy do łóżek mieliśmy 5 metrów.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *