Przyjęcie urodzinowe

  • 24067876_10212614403587536_4171347266053219477_n
  • 24067929_10212614402627512_8826433397530755606_n
  • 24129475_10212614399347430_1657642988786220800_n
  • 24129504_10212614398907419_8346348110110604276_n
  • 24129618_10212614398667413_5914912223251950911_n
  • 24131299_10212614401067473_3251492484643559087_n
  • 24174132_10212614400387456_3300504993240478258_n
  • 24174178_10212614401867493_7085661843004685724_n
  • 24174180_10212614397467383_1388544803972621876_n
  • 24174519_10212614397347380_324366080723516418_n
  • 24174568_10212614403067523_8512708052460114299_n
  • 24174640_10212614398227402_6331870489383551162_n
  • 24231781_10212614399707439_2174017399995676645_n
  • 24294442_10212614398427407_7558389398794017105_n
  • 24296265_10212614397827392_2756794103782770824_n

 

Co za dzień! To co najbardziej lubię w Kenii, to to, że wystarczy wyjść z hotelu i zawsze coś się dzieje.
Rano spokojnie pobiegałam, potem zrobiliśmy z yacoolem kolejny trening ekscentryki. Tak jak rok temu, tak i w tym roku wprowadzamy te treningi siłowe do zimowego kalendarza. Po śniadaniu przyszedł Meshack. Lepiej się już czuje, choć nadal pociągał nosem i przyszedł oczywiście w sandałach z bosymi stopami. Pod okiem yacoola on też zrobił ekscentrykę. To jego trzeci trening tego typu, zaczął już robić sesje z podskokami. Ściąga przy tym koszulkę, a ja nie mogę się napatrzeć na jego proste plecy.

Po treningu chcieliśmy się przejść do miasta i odwiedzić paru znajomych. W sobotę jesteśmy zaproszeni na wesele kenijskiego kolegi. Poszliśmy do marketu prowadzonego przez Hindusów rozejrzeć się za jakimś prezentem. Przed sklepem stał cielak i pił wodę z talerza. Właściciel powiedział, że cielak wcześniej jadł z niego chleb. Nam też chciało się pić, kupiłam z Meshackiem po kawałku arbuza. Nie są tak dobre jak te kupowane w Polsce w sezonie. Meshack twierdzi, że to przez pogodę.
Zajrzeliśmy na rynek w poszukiwaniu ananasa. Niestety nie było, trzeba poczekać do soboty. Na tyłach stacji matatu jest mała knajpka. Weszliśmy tam na chapati. Dziś lokal był pełen, chyba trafiliśmy na porę lunchu. Na deser kupiliśmy sobie po mandazi. Pycha, jeszcze ciepłe. To jedyne “słodycze”, które tu jemy. Na poczcie wysłaliśmy kartki, obiecałam dzieciom przyjaciół, pocztówkę z Afryki. Znowu dziwiły nas zabytkowe komputery, które tam stoją. Kolejnym razem wypytam o ich cel.

Razem z Meshackiem poszliśmy odwiedzić Daniela. Mieszka jeszcze kawałek dalej niż Meshack, w zasadzie na końcu Iten. Plus jest taki, że z tego miejsca chłopaki mają blisko na treningi w lesie. Daniel mieszka w małym mieszkanku razem z żoną i rocznym synkiem, Tristanem. W budynku są jeszcze dwa mieszkania, dookoła trochę ziemi, na której uprawiają warzywa. Ubikacja, latryna, na zewnątrz. Koszt takiego lokum to 25 USD miesięcznie. Żona Daniela też kiedyś biegała, ma zamiar wrócić do treningów wkrótce. Zaparzyła chłopakom termos kenijskiej czai. Ja niestety znowu zostałam źle zrozumiana i zamiast herbaty dostałam termos kawy, która jest tu mylona z czarną herbatą, bardzo mocno posłodzoną. Yacool musiał wypić mój kubek, bo kawy tak jak i herbaty z mlekiem nie pijam. Posiedzieliśmy trochę u Daniela i pogadaliśmy o przyszłych treningach. Potem razem poszliśmy odwiedzić Gladys, była z nami w Tanzanii i też się rozchorowała po podróży. Po drodze Daniel pokazał nam ogrodzony betonowym murem kompleks samodzielnych mieszkań na wynajem. Koszt to 70 USD za miesiąc. Mieszkanie składa się z sypialni, pokoju dziennego, kuchni i łazienki. Jest nieumeblowane. Ma grzałkę do podgrzania wody pod prysznicem, ale niestety ubikację zastępuje muszla wkomponowana w posadzkę. Szkoda, bo mogłaby to być opcja na przyszły rok. Mieszkanie, które obejrzeliśmy nie było jeszcze zamieszkane. Jakość wykończenia – kenijska. Widać brak estetyki nikomu nie przeszkadza. Liczy się funkcjonalność w najprostszej postaci, a nie czy coś jest zrobione ładnie. Gladys mieszka podobnie jak Dan. Okazało się, że ma zapalenie płuc, bierze leki. Miała biec w minioną sobotę w maratonie w Nairobi. Pojechała tam, ale choroba ją rozłożyła i nie wystartowała.

Ostatnim na naszej liście znajomych do odwiedzenia był Reuben. Biegający policjant, znajomy z czeskich biegów. Bardzo pozytywny i wesoły chłopak. Rok temu zmagał się z kontuzją, teraz po długiej pauzie podobno wznowił treningi. Weszliśmy na jego podwórko, a tam gwar, poruszenie i mnóstwo ludzi, głównie kobiet. Okazało się, że Reubenowi urodziła się druga córka i dziś zjechała do nich rodzina żony, przyjaciele, by złożyć im gratulacje i życzenia. Szybko zostaliśmy wciągnięci do wspólnej zabawy, tańców i śpiewów. Wcześniej była krótka wspólną modlitwa, a po niej każdy miał się przedstawić i powiedzieć coś o sobie i od siebie gospodarzom. Trwało to chyba z godzinę, bo było nas około 40 osób. Ja od razu dostałam do trzymania nowo narodzoną dziewczynkę. Kobiety robiły nam zdjęcia. Dla nas wielką atrakcją było uczestniczenie w tym rodzinnym wydarzeniu, dla nich widok mzungu. Rodzina pochodziła z rejonu Marakwet, tam rzadko się widuje białych. Kobiety śpiewały tradycyjne pieśni, bujając się przy tym rytmicznie. W pewnym momencie zaczęły rozpakowywać przywiezione prezenty i tańcząc obdarowywać się nimi. Dziewczynki dostały kolorowe sukienki, maleństwo ciepły koc, Reuben nową kurtkę, nawet ja dostałam prezent! Kolorową tradycyjną chustę, leso. Jedna z kobiet przewiązała mnie nią tak jak robią to kobiety Kalenjin. Bardzo się ucieszyłam. Nawet yacool dostał prezent od jednego z mężczyzn, 200 ksh, czyli 2 usd. Było mi głupio, że nie mieliśmy żadnego prezentu. Odwiedzimy ich jeszcze z jakimś drobiazgiem. Albo czymś bardziej praktycznym. Bo rodzice zostali obdarowani wielkim workiem ryżu, cukru i butlą oleju. Dostali też kopertę. Pod wieczór goście zaczęli się żegnać. Przed nimi było jeszcze około 3h jazdy do domu. Zdziwiło mnie, że gośćmi były głównie kobiety, kilku mężczyzn robiło za kierowców. Siostry Gladys, żony Reubena zapraszały nas, byśmy ich odwiedzili. Region, w którym mieszkają jest położony jeszcze wyżej niż Iten i jest tam jeszcze zimniej nuż tu.
Gdy wszyscy odjechali porozmawialiśmy jeszcze chwilę z Reubenem. Chce poznać szczegóły yacoolowego treningu. Ma nas odwiedzić w niedzielę. Umówiliśmy się też, że we wtorek pojedziemy wszyscy razem zrobić speedwork na stadionie w Tambach. Na imprezie spotkaliśmy jeszcze jednego znajomego biegacza, Muczaczo, który rok temu trenował z nami na Kamariny. Muczaczo też chce do nas dołączyć i oczywiście chce, bym mu znalazła polską żonę.

Do hotelu wróciliśmy motorkiem, pełni wrażeń. Menedżer Keellu podszedł do nas z konspiracyjną miną i przekazał nam jakiś liścik. Okazało się, że w Iten jest para Polaków. Trafili na moje relacje i zaproponowali spotkanie. Umówiliśmy się z nimi na jutro. Mieszkają w ośrodku sportowym u Lorny Kiplagat. Przy okazji zobaczymy jak tam wygląda.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *